Gry na opak. Wirtualna turystyka.
Blog > Komentarze do wpisu

Lojalność w czasach zarazy

UWAGA: Poniżej przyglądam się niektórym postaciom i wątkom z Everybody's Gone to the Rapture. Tekst tylko dla wtajemniczonych, którzy już odkryli fabułę samodzielnie (co bardzo polecam!). Cała notka to jeden przydługi SPOILER.

 

Jeśli potraktować Everybody's Gone to the Rapture jako opowieść o losach grupy ludzi, ich postawach i wzajemnych relacjach, okazuje się, że konflikty i napięcia koncentrują się wokół opozycji lojalności i zdrady.

Dla zilustrowania nielojalności wystarczy właściwie skupić się na postaci Stephena - człowieka, który zawodzi w różnych życiowych rolach. Nie mogą na nim polegać kobiety, z którymi się wiąże. Niegdyś zaręczony z Lizzie, porzucił narzeczoną i opuścił rodzinną wioskę. Wiemy, że gdy się ostatni raz widzieli, Lizzie była jeszcze w pełni sprawna. Nie wiadomo dokładnie, czy Stephen zdążył wyjechać przed jej wypadkiem, czy też czmychnął już po fakcie, a może nawet miał z nim coś wspólnego. Zważywszy na zadawniony żal Franka (przyjaciela Lizzie) oraz rolę katalizatora katastrof, jaka przypada w tej historii Stephenowi, trudno się oprzeć pewnym podejrzeniom. 

Po latach powróci, by zawieść po raz kolejny, tym razem swą żonę, Kate. Zdrada dokonuje się na wielu poziomach, bo nie dotyczy jedynie łóżka i nie tam się zaczyna. Poprzedza ją faza przemilczeń na temat przeszłości i związku z Lizzie oraz kłamstw w trakcie ponownego uwodzenia byłej narzeczonej, które brzmią równie banalnie jak frazy ze starej piosenki, "że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią" itd.

W związku z Kate wykazuje się brakiem lojalności nie tylko jako mężczyzna, ale też życiowy partner i współpracownik. Gdy zainicjowane przez Stephena badania napotykają przeszkody, Kate wspiera go, zapewniając, że tworzą zespół, więc to ich wspólny problem, a cokolwiek się stanie, zawsze będzie z niego dumna.  W odpowiedzi usłyszy: "I to ma mnie pocieszyć?" Właśnie tak, dupku - chciałoby się odrzec. 

Kate nie otrzyma w zamian wsparcia ani należytej pomocy od męża. Gdy sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli i oboje doznają poparzeń, Stephen zostawi ją samą w obserwatorium i już tam nie wróci, nawet gdy Kate poprosi o pomoc. Co gorsza, wobec innych tchórzliwie będzie próbował zrzucić na nią odpowiedzialność: "Olać Kate, to wszystko jej wina". Tylko po części jego zachowanie da się usprawiedliwić różnicą zdań co do metody rozwiązania problemu. 

Kate zostaje w obserwatorium, bo jako naukowiec pragnie zrozumieć istotę obserwowanego zjawiska i zaradzić niebezpieczeństwu na drodze racjonalnego rozumowania. Stephen uznaje to za zbyt ryzykowne, a sam podejmuje nieskuteczne lub fatalne w skutkach działania w okolicy, przede wszystkim chyba jednak ucieka powodowany strachem i bezradnością. Spotykamy go potem w kilku miejscach, gdzie sieje chaos i w panice doprowadza do kolejnych nieszczęść, niczym wściekły lis z jego wspomnień.

Nielojalność wobec Kate jest tak rażąca, że dostrzegają to nawet kochające Stephena kobiety. Można by pomyśleć, że kochanka i teściowa zaczynają odczuwać coś w rodzaju kobiecej solidarności wobec zdradzanej żony, ale to raczej zwykła solidarność ludzka, odruch przyzwoitego, pomimo popełnionych błędów, człowieka. Lizzie kocha Stephena, ale rozumie, że w krytycznym momencie powinien stać u boku żony. Wielokrotnie namawia go, by wrócił do obserwatorium i zaopiekował się Kate, zwłaszcza gdy dostrzeże na jego twarzy ślad oparzenia. Zirytowany kochanek zapyta: "Sypiasz ze mną czy z Kate?" I będzie to również pytanie o lojalność, w specyficznym rozumieniu Stephena.

Jedną z najbardziej przejmujących kwestii, jakie zabrzmią w trakcie dramatycznych wydarzeń, jest westchnienie Wendy: "Coś ty narobił, Stephenie. Biedna Kate..." (w angielskim oryginale: "Oh Kate..."). Klasyczna "zła teściowa", która nigdy nie akceptowała partnerki syna, a nawet knuła przeciw niej intrygi, tuż przed ostatecznym pożegnaniem wyraża solidarność z synową i szczerze przejmuje się jej losem. Wendy już rozumie, jak ważna w godzinie śmierci jest obecność drugiego człowieka. Własne odejście oznacza dla niej nadzieję na zjednoczenie ze zmarłym mężem. Współczuje Kate, której nie będzie to dane, a czeka ją wieczna samotność.

Ciężar winy opuszczenia bliskiej osoby w chwili śmierci przygniata również Franka, który cierpi, bo jest świadomy, jak bardzo zawiódł. Zabrakło mu odwagi, by towarzyszyć Mary w trakcie odchodzenia, więc zaszył się w pubie, gdy umierała. Możemy go pocieszać, że nie miał szans powstrzymać nieuleczalnej choroby, ale to nie pomoże, bo w odróżnieniu od Stephena, Frank zachował sumienie. Zdaje sobie sprawę, że odejście Mary było zaplanowanym aktem miłosierdzia, a doskonale pamięta słowa żony: "Jestem gotowa stawić temu czoła, bylebyś tylko był przy mnie. "

 

Zbudowanie fabuły wokół metafory epidemii (tutaj: rzekoma grypa) pozwala obserwować, jak poczucie wspólnoty i pragnienie bliskości ściera się z koniecznością izolacji, by przerodzić się w walkę o przetrwanie. Nałożenie kwarantanny zwykle najpierw izoluje lokalną społeczność od reszty świata, a potem zaczyna wywoływać podziały wśród mieszkańców. Jak w oblężonej twierdzy, ludzie z jednej strony próbują się wymknąć, z drugiej podejrzliwie spoglądają na sąsiadów, wypatrując oznak choroby.

W Yaughton to właśnie Stephen próbuje naznaczyć lub - jak mówi Jeremy - "otagować" siedliska zarażonych. To już nie są jego sąsiedzi, tylko nosiciele, których należy za wszelką cenę odseparować, a gdy to nie poskutkuje, wyeliminować na wszelki wypadek wszystkich mieszkańców. Kiedy Clive wzbrania się przed wydaniem wyroku śmierci na własną rodzinę i znajomych, Stephen przedstawia siebie jako męczennika poświęcającego własne życie w imię wyższych celów. A przecież jest zdrajcą; zdążył się zabezpieczyć przed nalotem, przygotowując zapasy żywności i schronienie w bunkrze. Pragmatyzm odbiera mu zdolność współczucia, na przykład gdy na widok tragedii na torach cynicznie zauważa, że już nie uda się uciec pociągiem. 

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że Stephen wie o niebezpieczeństwie więcej niż inni, a do drastycznych zajść i wybuchu paniki nie dochodzi głównie dzięki nieświadomości mieszkańców. Pomagają sobie wzajemnie, bo nawet dostrzegając symptomy, nie wiedzą jeszcze, że to coś więcej niż zwykły krwotok z nosa. Tylko Frank, który przypadkiem dowiaduje się o planowanym nalocie, uważa za swój obowiązek ostrzec pozostałych włączeniem syreny, choć zdaje sobie sprawę, że na powstrzymanie katastrofy już za późno.

Dochodzi do pojedynczych incydentów, gdy troska o własne bezpieczeństwo okazuje się ważniejsza od lojalności wobec drugiego człowieka, a nawet jego życia. Na przykład Diana chce ratować ofiarę wypadku samochodowego, ale Sean przekonuje ją do ucieczki, powołując się na troskę o synka, którego wiozą w aucie. Wtedy jeszcze ich rozgrzeszamy jako rodziców mających prawo w sytuacji ekstremalnej kierować się zasadą mniejszego zła. Później okaże się jednak, że nieudzielenie pomocy Robertowi było pierwszym krokiem, po którym nastąpi kolejny: porzucenie własnego dziecka.

W tych okolicznościach egzamin dojrzałości niespodziewanie zdaje Rachel. Wydawałoby się, że to niefrasobliwa szesnastolatka, czekająca tylko na sposobność ucieczki za granicę z chłopakiem. W krytycznym momencie nie tylko potępi zachowanie rodziców Dylana, ale to właśnie ona zajmie się maluszkiem i zanuci mu ostatnią kołysankę. Dla odmiany Lizzie, która początkowo organizuje pomoc dla zgromadzonych na kempingu mieszkańców, ostatecznie zdecyduje się ich porzucić. Będzie to spóźniona próba ułożenia życia na nowo, podjęta głównie ze względu na dziecko, którego się spodziewa.

Lojalność to pojęcie nieco zapomniane i staroświeckie, a w pewnych kontekstach skompromitowane ("lojalka", "karta lojalnościowa"). Moralitet studia The Chinese Room pozwala je sobie odświeżyć, przypominając zarazem, że aby nie zdradzić, czasem wystarczy po prostu być tuż obok.




 

środa, 27 kwietnia 2016, tetelo

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: