Gry na opak. Wirtualna turystyka.
Blog > Komentarze do wpisu

Gaworzenie Edyty


Pustka i nuda, plus trochę frustracji - tyle mi zostanie. Taka była moja odpowiedź na tytułowe pytanie (What remains of Edith Finch) na początku znajomości z Edytą. Teraz rozumiem, że odczucie pustki wynikało po części z nadmiernie rozbudzonych oczekiwań, a frustrację wywołały dwa momenty, w których kontroler zawodził i trzeba się było posiłkować klawiaturą. Zanim po nią sięgnęłam, przez długi czas bezskutecznie próbowałam się rozhuśtać (patrz: trailer poniżej), co w swej groteskowości było może zabawne, ale uniemożliwiło jakiekolwiek zaangażowanie w historię Calvina.

Jako deska ratunkowa w awaryjnej sytuacji ta metoda okazała się skuteczna, ale trudno mi sobie wyobrazić komfortową eksplorację z rękoma zajętymi myszą i klawiaturą. Z pewnością nie takie było zamierzenie autorów. Podejrzewam nawet, że cała historia rodu Finchów powstała głównie jako pretekst do wykazania przydatności kontrolera (a zwłaszcza pewnej konsoli) w eksploracji trójwymiarowej rzeczywistości. Raczej nie sądzę, by u zarania losów Edyty leżał zalążek fabuły lub jakieś przesłanie, które jej stwórcy pragnęliby przekazać światu. 

 

Wyobrażam sobie raczej, że na początku jakiś szef polecił pracownikom przygotowanie etiud uwzględniających różne zastosowania wspomnianego gadżetu. - Tylko żeby to nie były swobodne wałęsanki bez celu, macie zaimplementować mechanikę dyscyplinującą spacerowiczów i wymuszającą użycie kontrolera w określony sposób. Temat? Powiedzmy... śmierć, umieranie, ale nie sztampowo, tylko dziwacznie i niepokojąco, coś w stylu weird fiction. - Później, gdy trzeba było powstałe w ten sposób igraszki ze śmiercią połączyć w całość, pojawił się koncept niesamowitego dworu, pełnego ukrytych pomieszczeń i zakamarków, zamieszkiwanych przez członków ekscentrycznej rodziny. Rola kustosza w tym muzeum osobliwości przypadła powracającej po latach do siedziby rodu dziedziczce. Tak narodziła się Edyta.

Koniecznie trzeba zwrócić uwagę na imię. Edyta jest bowiem Edytą. To nie Estera ani Etan, ani tym bardziej Everybody. Wolę wierzyć, że filuternie mruży oko, gdy oglądam scenę jak z Dear Esther albo ujęcie niczym z Ethana Cartera. Przecież nie każda  powracająca do domu po latach dziewczyna musi być bohaterką Gone Home, no chyba że w bardzo przewrotnym wydaniu. Darujmy sobie krępujące dla Edyty porównania z Everybody's Gone to the Rapture; łączy je raczej powierzchowna zbieżność tematyki. Tak się składa, że wszyscy przedstawiciele rodu Finchów umierają, ale zwykle śmierć następuje przypadkiem albo w niewyjaśnionych okolicznościach, więc bez zbędnych dywagacji zrzucamy odpowiedzialność na rzekomą klątwę. Tak jest bardziej tajemniczo, ale niewiele z tego wynika.

Oczywiście rozumiem, że z historii Molly czy Barbary wcale nie musi nic wynikać, mają po prostu być na swój sposób zabawne. Skontrastowanie dziecięcego głosu narratorki z obrzydliwościami w treści przedstawianej fantasmagorii ma wywołać upiorny efekt komiczny, i być może wywołuje. Z kolei opowieść Barbary da się odczytać jako pastisz pulp fiction, co pewnie docenią zwolennicy komiksowej estetyki. Rzecz gustu. Ja się na tym etapie bardziej nudziłam niż bawiłam, choć to właśnie wypatrzone w zwiastunie akcenty surrealistyczne sprawiły, że rzuciłam się na Edytę równie łapczywie jak... drapieżne wcielenie jednej z postaci na swoje ofiary.

Ciekawie zaczyna się dziać w historii Sama, czyli epizodzie na polowaniu, bo to pierwsza miniaturka "o czymś";  z tematem, problemem, angażująca emocjonalnie. Wykorzystanie podobieństwa pstrykania fotek i mierzenia do celu nie jest może odkrywcze, ale w tym wypadku spełnia swoją rolę. Natomiast "efekt awe" albo wbicia w fotel wywołuje niewątpliwie Lewistopia. Dla tego fragmentu warto się pomęczyć i przecierpieć słabizny. Nie chodzi tylko o zbieżność z tematyką eskapistycznych uzależnień, którą lekko musnęłam ledwie parę dni temu. W wątku Lewisa wyraźnie widać, jak mechanika genialnie współgra z treścią.

Zapewne tekst opowiadania o Lewisie obroniłby się jako mała forma literacka i wyjęty z kontekstu samodzielnie mógł osiągnąć zamierzony efekt - wszak słowo jest potęgą. Mechanika i wizualia pełnią rolę wspomagającą, bo nie potrafią zastąpić tekstu, jedynie mu towarzyszą. W tym sensie nie ma co się sprzeczać z Bogostem, który dopatruje się tu porażki medium i oddania literaturze palmy pierwszeństwa w prowadzeniu narracji. Ma rację o tyle, że Edyta bez tekstu nie istnieje, nie potrafi mówić własnym językiem. To tekst jest osią narracji, nawet w sensie dosłownym, gdy zaliczamy demonstracyjnie rozpięte banery z odkrywaną fabułą albo bawimy się literami, podobnie jak u Simogo w Device 6. W odróżnieniu od kontrowersyjnego krytyka doceniam jednak każdą udaną próbę stworzenia odrębnego języka, a zastosowana w wątku Lewisa mechanika wyraża skrótowo to samo, co towarzyszące jej słowa. Staje się więc metaforą, trochę jak poezja. To jeszcze nie jest system językowy, tylko gaworzenie, ale skutecznie wzmacnia efekt. 



 

Mimo chropawych początków, Edyta sporo zyskuje przy bliższym poznaniu. Jak to z eklektycznymi składankami bywa, ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale w sumie to ciekawa antologia narracyjnych eksperymentów, spięta klamrą wzruszającej pointy. Na etapie czytania listy płac (wyjątkowo sympatycznej zresztą) okazało się, że odpowiedzią na tytułowe pytanie są... łzy. Tyle mi zostało po Edycie.



czwartek, 27 kwietnia 2017, tetelo

Polecane wpisy

  • Witajcie w jaskini

    Ulżyło mi. To się dzieje naprawdę. A bałam się, że przesadzam albo mi się zdaje. Kneblowałam się, wyrzucałam teksty do kosza, miałam sobie za złe. No bo jakże t

  • Wartość powtórki

    Nie przypuszczałam, że Everybody's Gone to the Rapture okaże się doświadczeniem wartym wielokrotnego powtarzania, i to natychmiast, raz za razem. Wśród interes

  • Czy moja żona jest kosmitką?

    UWAGA poniżej znowu SPOILERY ! Nadal wgryzam się w fabułę Everybody's Gone to the Rapture . Nie wiem, czy warto czytać, ale na pewno nie należy tego robić prz

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: