Gry oraz inne sztuki piękne
Kategorie: Wszystkie | Felina ludens | Film | Gry | Książki | Muzyka | O blogu | Słówka | The Path
RSS
piątek, 27 stycznia 2012

 Going home
 Without my sorrow
 Going home
 Sometime tomorrow
 Going home
 To where its better
 Than before.
 Going home
 Without my burden
 Going home
 Behind the curtain
 Going home
 Without this costume
 That I wore.

To refren mojej pieśni tygodnia (albo i dłużej), fragment przepięknego tekstu z gatunku balsam dla duszy, jakiego kiedyś tam, sometime tomorrow, każdy będzie potrzebował. Pisał Leonard Cohen (77), a dyktował...

Nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa, ale od kilku dni cały album Old Ideas można odtwarzać on-line w ramach przedpremierowej promocji First Listen, czyli posłuchaj, zanim kupisz. Tak też czynię.

leonard cohen concertphoto

czwartek, 26 stycznia 2012

The Kite adventure game

Jak odwrócić uwagę męża od telewizora, gdy jest tak zatopiony w oglądaniu meczu, że nie upilnował dziecka? Problem stojący przed bohaterką stanie się zapewne udziałem wielu kobiet w tym roku (nie da się tego piłkarskiego nieszczęścia odwołać?...). Oby obyło się bez równie drastycznych rozwiązań jak w grze The Kite ukraińskiego studia Anate
Masza i Oleg mieszkają wraz z synkiem Andriuszą w obskurnej kamienicy na typowym blokowisku. Zdarzenie ma miejsce w latach dziewięćdziesiątych gdzieś w Europie Wschodniej. Choć rzecz jest krótka, udało się w niej zawrzeć wiele drobiazgów charakteryzujących życiowe realia nie tylko na początku wielkiej transformacji, ale też przedtem i potem.
Dotykając problemu przemocy w rodzinie, Latawiec pozwala się porównać ze środkami (filmy, plakaty) używanymi w kampaniach społecznych poruszających ten sam temat. Wydaje mi się, że w tym kontekście o sile gry mogą stanowić dwa atuty: z jednej strony większe utożsamienie z postacią, z drugiej - typowe dla przygodówki elementy odwracające uwagę od tematu i przesłania.
Zarówno problemy bohaterki, jak i jej racje (podążanie za latawcem), dotykają mnie, a może nawet dotyczą głębiej niż na przykład losy jakiegoś rozbitka na bezludnej wyspie, ewentualnie zamieszkałej przez małpy. Jednocześnie The Kite to miniaturowa gra przygodowa, zawierająca kilka wcale nie oczywistych zadań do rozwiązania, które odwracają uwagę od refleksji na tyle, że następujące znienacka zakończenie może uderzyć jak obuchem w głowę.
A jak odbiera grę uciekający w alkohol facet, który nie radzi sobie w życiu? Tego nie wiem.

The Kite adventure game Anate Studio

sobota, 21 stycznia 2012

Pewnych zasad związanych z łóżkiem musimy się twardo trzymać. Na przykład nie wolno wchodzić tam z pracą (czytaj: laptopem) i nie należy pozwalać zwierzętom spać z nami. Gdy raz się złamiemy, runą ciężko wypracowane standardy i nastąpi dezorganizacja życia rodzinnego albo nawet kryzys małżeński. Może się zdarzyć , że w trakcie imprezy towarzyskiej, gdzieś koło jedenastej, nasze własne koty zaczną patrzeć znacząco na gości albo nawet na nich ostrzegawczo warczeć, dając wszystkim do zrozumienia, że już pora ułożyć się do snu w ogrzanej ludzkim ciałem pościeli. Z kolei gdy posmakujesz pracy na urządzeniu mobilnym, w dowolnej pozycji na miękkim podłożu, przestanie cię bawić siedzenie przy komputerze. Niespodzianie odkryjesz również, jakie to granie na pececie jest męczące, bożesztymoj! 


Podobno pececiarze nazywają grających na konsolach "kanapowcami", bo tak sobie siedzą obrzydliwie rozparci przed telewizorem albo grają półleżąc wygodnie na kanapie, niczym za przeproszeniem fani M jak miłość. Przyznam, że o ile do konsoli mnie jeszcze nie ciągnie, to do kanapy, i owszem. Wspomnicie moje słowa: tęsknota za odrobiną komfortu prędzej czy później dopadnie każdego. Zazwyczaj przychodzi na tym etapie, gdy się już jest lub w każdej chwili może zostać dziadkiem/babcią. Przy biurku zaczyna szwankować kręgosłup, jednym puchną nogi, innym łzawią oczy lub generalnie dokuczają "siątki". Nie byłam tego świadoma, gdy parę lat temu przymierzałam się do sprezentowania komputera stacjonarnego mojej Mamie, wielokrotnej babci. Na szczęście ubiegł mnie brat, kupując Jej laptopa. Miło popatrzeć, jak sprawdza pocztę w trakcie oglądania serialu lub układa pasjansa w fotelu przy kominku. 


Trochę z racji wieku, a głównie na skutek doświadczeń z laptopem, przeorganizowałam sobie ostatnio stanowisko gracza, co wszystkim Babciom (najlepsze życzenia!) tudzież wygodnickim w każdym wieku polecam, szczególnie na długie seanse. Wiedźmin był pierwszą grą, którą przeszłam całkowicie z pozycji kanapowca, co w moim przypadku oznacza: w wygodnym fotelu. Jako że to gra niezwykle atrakcyjna wizualnie, zmobilizowała mnie wreszcie do połączenia kablem komputera z telewizorem. Skoro już ktoś włożył tyle wysiłku w urodę obrazu, z ekranami ładowania włącznie, to warto sobie stworzyć odpowiednie warunki do delektowania się efektami tej pracy.
Tak się rozbestwiłam, że nie wyobrażam sobie, by z LA Noire miało być inaczej. Sprawa się komplikuje o tyle, że do Wiedźmina wystarczyła bezprzewodowa myszka, a tu potrzebna jest również klawiatura. Trzymać równocześnie jedno i drugie na kolanach nie jest wygodnie. Testuję więc aktualnie niewielką poręczną klawiaturkę z panelem dotykowym (jak od laptopa). Nie jest to może szczyt komfortu, ale kto powiedział, że sterowanie grą konwertowaną z konsoli ma być przyjemne?

PS. Mniej więcej od pół godziny  trwa strzelanina. Zarówno policjanci, jak i złodzieje są na moje oko podziurawieni jak sita. A jednak nadal wszyscy żyją i mają się dobrze. Szukając opisu przejścia takich sekwencji, znalazłam instrukcję w poradniku: just kill all the bad guys. ROTFL...

20:30, tetelo , Gry
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 stycznia 2012

Dlaczego przez cztery lata ignorowałam Wiedźmina?

Po pierwsze, z powodu etykietki crpg - gatunku polegającego na walce, gromadzeniu broni, ulepszaniu uzbrojenia itp. Na nic opowieści o budowaniu postaci, wielowątkowej fabule i magicznym klimacie, gdy w istocie postać "ulepsza się" pod kątem pokonywania oponentów, fabuła nie ruszy naprzód bez obowiązkowej rozwałki, a nastroju w takich okolicznościach trudno szukać. Taki obraz zbudowałam sobie przed laty na podstawie kilku napoczętych gier, które zdążyły mnie skutecznie zniechęcić (Icewind Dale, Baldurs Gate, Fallout, Gothic). Jeden Planescape Torment wiosny nie czyni. Pewnie i z Wiedźminem pożegnałabym się szybko, gdyby zaczynał się od aktu V (potyczka za potyczką z fantastycznym katastrofizmem w tle). Na szczęście na początku było Podgrodzie.

Po drugie, ze względu na popularność i sukces komercyjny, bo na listach bestsellerów rzadko znajduję coś interesującego. 

Dlaczego w końcu zagrałam? Okoliczności opisuje poprzednia notka, a wiele tłumaczy wcześniejsza Tęsknota za Redguardem.

Czy przyznaję się do błędu?

W kwestii gatunku mam wątpliwości, bo najwyraźniej i tutaj postępuje ewolucja i zacieranie granic. Nie mnie osądzać, czy to nowoczesna crpg, "przygodowa gra akcji", czy jakiś inny wynalazek. Niewątpliwie to produkt mainstreamu, w którym o dziwo znalazło się też coś dla mnie, bo oferuje sporo wolności, prawo omijania potyczek bez uszczerbku na honorze, a przede wszystkim ogromne możliwości swobodnej eksploracji (swobodna znaczy: bez obowiązku rozprawiania się z każdym napotkanym delikwentem). 
 
Z niechęci do bestsellerów tak prędko się nie wyleczę. Gra odniosła sukces nie dzięki temu, że bywa momentami cudna, ale pomimo tego. Tajemnica tkwi właśnie w wolności wyboru własnej ścieżki; typowy "hardkor" na pewno przechodzi ją inaczej niż ja. Ustawia sobie najwyższy stopień trudności (co sprowadza się do trudności walki) i z upodobaniem rozwala wszystkie napotkane topielce i upiory w celu "ulepszania postaci" i wspinania się na kolejne poziomy. Tymczasem growy turysta rozkoszuje się wędrówkami bez celu, kolekcjonuje ciekawostki etnograficzne, słucha muzyki dawnej w karczmie, a wiwerny podziwia z daleka, bo czyż można zabijać tak piękne stworzenia dla paru omletów? Walki nie da się uniknąć (toż by to było marketingowe samobójstwo!), ale przynajmniej towarzyszy jej refleksja ("miecz to ostateczność" - rzekł).

Czy żałuję grzechu zaniechania?

Fakt, można było zagrać wcześniej. Tylko że wówczas rok 2012 nie zacząłby się od zachwytu w akcie IV, że gra może być tak piękna. Dla tego jednego rozdziału warto było się przełamać, tam nawet rozprawa z południcą urzeka poezją i urodą plastyczną. Ze względu na rzucane wcześniej kąśliwe uwagi wobec nieznanej mi gry posypałam już głowę popiołem.

Jakieś wnioski, postanowienie poprawy?

Naturalną koleją rzeczy zaczęłam ostrożnie spoglądać w stronę Zabójców królów, tym razem ledwie osiem miesięcy po premierze. Szybko jednak wróciłam do punktu wyjścia, bo adresowane do prawdziwych graczy zwiastuny akcentują to, co najmniej ciekawe lub wręcz odpychające dla nas, niegraczy. Gracze - niegracze, ludzie - nieludzie... Teraz rozumiem, dlaczego odruchowo stanęłam po stronie tych drugich. 

 wiedzmin i pruska baba


PS. Starożytny myśliwy z rogiem, znany u nas jako "pruska baba" (od niedawna nieoficjalna maskotka Olsztyna), w grze występuje w roli... bożka druidów. Kontynuując wątek z komentarzy: niespecjalnie mnie obchodzi, czy tego typu smaczki wychwycą Amerykanie lub mieszkańcy Podhala. Ważne, że ja miałam z nich uciechę.

00:09, tetelo , Gry
Link Komentarze (11) »
wtorek, 20 grudnia 2011

Myli się, kto sądzi, że gry takie jak opisywana poprzednio przeznaczone są dla kur domowych w średnim wieku. Gdy spędzasz cały dzień na porządkowaniu szuflad i zaglądaniu w zapomniane zakamarki szafek kuchennych, tak jak ja w miniony weekend, wcale ci się nie marzy robienie tego samego w świecie wirtualnym. Już podczas sprzątania zagraconego pawlacza nawiedziły mnie przebłyski pomysłu, a ostatecznie idea wykrystalizowała się w trakcie czyszczenia piekarnika. Doszłam do wniosku, że gdy się z tym uporam, należy mi się godzinka lub dwie w całkiem innym świecie - fascynującym i piękniejszym od realnego (postapokalipsa wykluczona). Mam ochotę na coś nowego, czego jeszcze nie robiłam (jak to, nie przygodówka?) i niezbyt wymagającego intelektualnie (nawet strategia odpada?). Wyobraźni też mi się nie chce wysilać, niech więc uroda świata podana mi będzie na tacy. Co oznacza, że moje ulubione starocie z ubiegłego stulecia na tę okazję się nie nadają. Rzecz ma z lekka pociągać, ale w żadnym razie nie ma prawa mnie wciągnąć, bo przecież najbliższe dni to urwanie głowy i walka z czasem. 
Fantastyczny, nieznany świat, ładna grafika, pociągające i odpychające zarazem... Już wiem! Przy okazji spełnię wreszcie patriotyczny obowiązek.

No proszę państwa... To naprawdę bardzo ładna gra jest, ten Wiedźmin. Eskapistyczny, ile potrzeba, a jakże swojski zarazem: tu kapliczki przydrożne, tam strzygi, utopce... Takich wiosek jak w okolicach Wyzimy nie spotkałam zamieszkałych, ale dość się nałaziłam po skansenach, by rozpoznać rodzime klimaty i krajobrazy. I ta bestia w jamie nad rzeką pod zamkiem... Urocze. Gdy w karczmie z niedowierzaniem wpatrywałam się w dekoracje z wycinanek łowickich, przemknęło mi przez myśl, że chyba wpadłam we własnoręcznie zastawioną pułapkę. Na jednej wizycie raczej się nie skończy.  

Za pierwszym posiedzeniem zobowiązałam się do wykonania mnóstwa różnorodnych i ciekawie zapowiadających się misji; od rozprawy z ghulami w krypcie po zbieranie polnych  kwiatów (zapewne w niecnych uwodzicielskich celach). A już przedtem kazałam Geraltowi je wąchać i sprawdzać, czy to aby nie malwy i maki. I byłoby pięknie, gdyby nie ta druga, jeszcze dłuższa lista zaległych questów: nastawić zakwas na barszcz, umyć okna, upiec piernik, namoczyć śledzie, odszukać przepis na makówkę...

 

Witcher paper cut-out Wiedzmin wycinanka

Czy aby na pewno łowickie? Trzeba się przyjrzeć dokładniej.

11:07, tetelo , Gry
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40