Gry na opak. Wirtualna turystyka.
Kategorie: Wszystkie | (Nie)gry | Felina ludens | Film | Książki | Muzyka | O blogu | Słówka
RSS
piątek, 25 listopada 2016

Ulżyło mi. To się dzieje naprawdę. A bałam się, że przesadzam albo mi się zdaje. Kneblowałam się, wyrzucałam teksty do kosza, miałam sobie za złe. No bo jakże tak, porównywać bądź co bądź Braci w Graniu tudzież znamienite postaci z Branży do barbarzyńskiej falangi? Toż to myślozbrodnia jakaś.

Tymczasem autor artykułu na temat alt-right bez zbędnych skrupułów osadza gamergate w konkretnym kontekście politycznym. 

Czyli ze mną wszystko w porządku. To tylko świat się kończy.

wtorek, 03 maja 2016

Nie przypuszczałam, że Everybody's Gone to the Rapture okaże się doświadczeniem wartym wielokrotnego powtarzania, i to natychmiast, raz za razem. Wśród interesujących mnie gier najwyższą replay value posiadają strategie konstruktywne (polegające na budowaniu) z końca XX wieku, czyli złotego okresu tego gatunku. W kilka z nich gram z przerwami już prawie dwadzieścia lat. Zawsze można próbować zrobić coś lepiej, szybciej lub po prostu inaczej, gdy wypełnia się dobrze skonstruowaną misję z określonym celem i konkretnymi warunkami jego osiągnięcia. 

Pozbawione zdefiniowanych celów gry eksploracyjne są niemal całkowitym zaprzeczeniem podejścia zadaniowego. W przypadku Rapture za główny cel można uznać odtworzenie fabuły, ale by dotrzeć do finału, wcale nie trzeba rozwikłać tajemnic wszystkich wątków ani nawet ich ukończyć. Przeciwko powtarzaniu doświadczenia opartego na eksploracji przemawia też to, że jego istotą jest odkrywanie, a odkryć coś można tylko raz. Jedynie podczas pierwszego przejścia działa element zaskoczenia, a siła emocji i wzruszeń jest największa.

Dlatego sama siebie zaskoczyłam, gdy w ciągu dwóch tygodni przeszłam całość trzykrotnie, a jako że jeden "spacer" trwa blisko siedem godzin, więc wraz z pisaniem tutaj zajęło mi to większość wolnego czasu. Kierował mną hedonizm eksploracyjny, pogoń za przyjemnością czerpaną z zanurzenia się w tej a nie innej wirtualnej rzeczywistości, karmienia zmysłów obrazem, dźwiękiem, słowem. To motywacja bliska skłaniającej do kontaktu ze sztuką, a tutaj mam do czynienia z dziełem wielu sztuk.

Dzieło tego rodzaju jest syntezą elementów, które muszą wystąpić równocześnie, by tworzyć dla siebie nawzajem kontekst. Nie da się zgłębić tego fenomenu przez rozkładanie na czynniki pierwsze: czytanie dialogów, oglądanie zrzutów ekranu, słuchanie muzyki. Tym bardziej nie ma sensu oglądanie filmików typu playthrough na YT, bo w odróżnieniu od innych synkretycznych gatunków (film czy opera) w doświadczeniu interaktywnym niezbędne jest bycie wewnątrz przedstawionego świata. Oglądanie cudzego przejścia Rapture musi być śmiertelnie nudne.

Oczywiście poszczególne elementy dzieła wielu sztuk mogą funkcjonować niezależnie od siebie, zwłaszcza wielokrotnie nagradzana (BAFTA) muzyka Jessiki Curry. Zdarza mi się jej słuchać oddzielnie, ale najpełniej odbieram ją w oryginalnym kontekście, na przykład pieśń The Mourning Tree jako liryczne wprowadzenie wątku Wendy. Mojej ulubionej Carry Me Back to Her Arms słucham w różnych okolicznościach, ale w wolnej dłuższej chwili planuję przejść całość (albo chociaż połowę) ponownie, aby usłyszeć ją tam, gdzie brzmi najlepiej: w zielonym tunelu, z którego otwiera się widok na złociste pola i wiatrak w oddali. 

A-roving we went, my true love and I

Amongst the corn and the maize,

When death leaned in with his sickle and clock

And swept my true love away.

(...)

So a-roving I'll go through my fields once more

With my ear to the maize and the corn,

And wait for the day that death comes for me

To carry me back to her arms.

Wiele szczegółów umyka za pierwszym razem, gdy jeszcze nie znamy charakterów postaci ani ich losów. Dopiero z perspektywy całości, czyli w kolejnych przejściach można odczytać ukryte i przeoczone znaki, docenić harmonię wszystkich elementów i dopracowanie detali, takich jak zmieniający się nieprzypadkowo kształt świetlistej kuli czy zbieżność tekstów pieśni z fabułą lub związek porozrzucanych książek z problematyką całości.

Powtórne przejście jest również okazją do przetestowania innej wersji językowej, w tym wypadku nawet dubbingu, bo Rapture to także słuchowisko. Zaczęłam od oryginalnej wersji angielskiej, i ta mi odpowiada najbardziej. Po przejściu na polski pomyślałam: "ale ich odmłodzili!", co nie było komplementem z mojej strony. To rzecz o ludziach w średnim wieku i starszych (Wendy ma 68 lat), i takie powinny być głosy. Mimo to polski dubbing wcale nie jest zły, choć trochę nierówny, podczas gdy angielscy aktorzy trzymają na ogół wysoki poziom. 

Wracając do Yaughton i okolic, zaspokajam nie tylko potrzebę kontaktu z pięknem, ale też ciekawość przesłania, jakie kryje się za tą metaforyczną konstrukcją. Sposób prowadzenia narracji sprawia, że stanowi to pewne wyzwanie, bo wymaga odsłuchania rozmów telefonicznych, komunikatów radiowych oraz rozsianych po całym świecie dialogów aktywowanych zbliżeniem się do nieoznakowanego w żaden sposób miejsca. Na pewne fragmenty układanki trafiłam dopiero za trzecim razem, więc nie wykluczam, że coś jeszcze znajdę w przyszłości.

To nieprawda, że Everybody's Gone to the Rapture pozbawiona jest interaktywności. Poza działaniami niezbędnymi do odkrycia fabuły, wymaga też interakcji wewnętrznej. Powtórzę, co już pisałam przy okazji Dear Esther: to nie jest gra, w którą gramy. To gra, która gra na nas. Efekt w dużej mierze zależy od instrumentu.

 

PS. Nie wiem, czy popularne na Steamie narzekania na optymalizację to tylko działanie w ramach zmasowanego ataku gamergatersów na The Chinese Room, czy też niektóre z tych opinii są uzasadnione. U mnie wszystko idzie gładko i wygląda przepięknie. Tylko raz miałam problem techniczny, ale dotyczył sprzętu: pad się zawiesił. Łapaniu świetlnych kul towarzyszy zwykle silna wibracja, a w pewnym momencie kontroler zaczął mi niemal podskakiwać w dłoniach i nie chciał przestać. Wyszłam z gry i zamknęłam ją myszką, a pad jeszcze długo na fotelu drżał, wibrował, podskakiwał w dziwnych konwulsjach. Zdolnością do interakcji wewnętrznej zawstydził niejednego przedstawiciela homo sapiens.

piątek, 29 kwietnia 2016

UWAGA poniżej znowu SPOILERY! Nadal wgryzam się w fabułę Everybody's Gone to the Rapture. Nie wiem, czy warto czytać, ale na pewno nie należy tego robić przed odkryciem jej samodzielnie. Ta układanka to niezłe wyzwanie.


W trakcie pisania poprzedniej notki zapaliło mi się czerwone światełko. Coś jest nie tak. Miało być o lojalności, a wyszło o Stephenie jako tchórzliwym dupku. Scenariusz Everybody's Gone to the Rapture jest zbyt dobry, by główna postać mogła być tak jednoznaczna. Pozostałe mają w sobie coś ciekawego; jakąś dwuznaczność, pęknięcie, przełom. W ramach treningu elastyczności przymierzałam się do roli adwokata diabła (czyli Stephena), ale napisania mowy obrończej się nie podejmę. Może chociaż spróbuję go zrozumieć lub dopatrzeć się osobistego dramatu? Coś czuję, że w tym celu trzeba się dokładniej przyjrzeć jego żonie. 

Na początku Stephenowi imponuje jej wyjątkowość, niezależność, nieprzeciętna inteligencja. Z czasem te same cechy zaczną mu coraz bardziej przeszkadzać. Partnerka jest lustrem, w którym się przegląda, a nie spodoba mu się to, co tam zobaczy. Zdaje sobie sprawę, że Kate przewyższa go pod wieloma względami. Jego umysł nie ogarnia tego, co ona chwyta w lot. Zarzuca jej pracoholizm i perfekcjonizm. Z kolei w trakcie sprzeczki o romans z Lizzie wypomni żonie zawyżanie standardów moralnych. 

 Nie jest łatwo być partnerem osoby ponadprzeciętnej. To trudne zwłaszcza dla mężczyzny, a szczególnie w Yaughton. Miejscowi jej nie akceptują i wciąż traktują jak obcą. "Gapią się na mnie jak na dwugłowe cielę" - skarży się Kate. Nie chodzi tylko o kolor skóry czy narodowość. W zamkniętej konserwatywnej społeczności razi nawet to, że kobieta posiada tytuł naukowy i zachowuje po ślubie swoje nazwisko. "Nie pasuje do nas", "wywyższa się" - mówią, zdradzając tym samym własne kompleksy. 

Stephen przez długi czas pełni rolę bufora łagodzącego tarcia, ale nie ma w sobie dość siły, by trwać przy żonie wbrew otoczeniu, tym bardziej że sam nie czuje się przy niej komfortowo. Ma poczucie, że nie potrafi sprostać jej wymaganiom, co czyni go bezradnym i sfrustrowanym. W kolejnej kłótni stawia siebie po stronie rozczarowujących przeciętniaków w opozycji do nieskazitelnej Kate. A może, podobnie jak niektórzy gracze, zaczyna podejrzewać, że żona jest nie tylko obcą, ale wręcz Obcym?

Na potrzeby tematu, który sobie na dzisiaj zadałam, wystarczy stwierdzić, że Kate nie jest kosmitką, ale o ile jej mąż patrzy na świat z ziemskiej perspektywy, ona ma zdolność spoglądania z perspektywy kosmosu albo przynajmniej z lotu ptaka. Innymi słowy: on jest jednym z mieszkańców mrowiska, ona spaceruje po lesie, gdzie dostrzega mnóstwo podobnych mrówczych kopców. Jeszcze na etapie fascynacji Stephen zauważył: "ona widzi sprawy tak, jakby miała w głowie cały świat". Może jest jedną ze starych dusz?

Kate usiłuje dotrzeć do sedna i zrozumieć wyższy porządek, pragnie poznać Prawdę, nawet jeśli to bolesne lub niebezpieczne. Stephen odkrywa coś, czego nie potrafi zrozumieć, a potem w panice zaczyna zwalczać niezrozumiałe. Nie ogarnia, nie nadąża, ale coś robi, odczuwa imperatyw działania. Jego poczynania są impulsywne  i doraźne, często błędne i fatalne w skutkach. Jednocześnie to miotanie się i zagubienie jest bardzo ludzkie, o ile przyjmiemy, że człowiek z natury jest słaby, samolubny i przerażony nieznanym. W końcu wszyscy miotamy się w tunelach naszego mrowiska, wszyscy kurczowo trzymamy się życia, co jak u motyla jest niczym chwila wobec wieczności.

Stephen to ciągle ten sam chłopiec, który sprawił ojcu wielki ból, zmuszając go do zabicia przygarniętego lisa. Cierpiącemu z powodu wojennej traumy Eddiemu ranne zwierzę było szczególnie bliskie, niczym uosobienie własnej poturbowanej duszy. Ośmiolatek nie był w stanie tego pojąć, nie miał złych intencji, ale niechcący pogłębił dramat ojca, a może przyczynił się do ostatecznego załamania. W dorosłym życiu nadal rani, krzywdzi, zabija - z braku empatii, na skutek niezrozumienia albo przez przypadek, tak się jakoś dziwnie plecie.

W ostatnich chwilach podejrzewa, że popełnił 'miscalculation'. Czy chodzi tylko o błąd w obliczeniach? Może niewłaściwy osąd lub niezrozumienie czegoś? Na pewno doświadcza zwątpienia. To ludzkie i tragiczne zarazem. Na tym polega jego dramat.

środa, 27 kwietnia 2016

UWAGA: Poniżej przyglądam się niektórym postaciom i wątkom z Everybody's Gone to the Rapture. Tekst tylko dla wtajemniczonych, którzy już odkryli fabułę samodzielnie (co bardzo polecam!). Cała notka to jeden przydługi SPOILER.

 

Jeśli potraktować Everybody's Gone to the Rapture jako opowieść o losach grupy ludzi, ich postawach i wzajemnych relacjach, okazuje się, że konflikty i napięcia koncentrują się wokół opozycji lojalności i zdrady.

Dla zilustrowania nielojalności wystarczy właściwie skupić się na postaci Stephena - człowieka, który zawodzi w różnych życiowych rolach. Nie mogą na nim polegać kobiety, z którymi się wiąże. Niegdyś zaręczony z Lizzie, porzucił narzeczoną i opuścił rodzinną wioskę. Wiemy, że gdy się ostatni raz widzieli, Lizzie była jeszcze w pełni sprawna. Nie wiadomo dokładnie, czy Stephen zdążył wyjechać przed jej wypadkiem, czy też czmychnął już po fakcie, a może nawet miał z nim coś wspólnego. Zważywszy na zadawniony żal Franka (przyjaciela Lizzie) oraz rolę katalizatora katastrof, jaka przypada w tej historii Stephenowi, trudno się oprzeć pewnym podejrzeniom. 

Po latach powróci, by zawieść po raz kolejny, tym razem swą żonę, Kate. Zdrada dokonuje się na wielu poziomach, bo nie dotyczy jedynie łóżka i nie tam się zaczyna. Poprzedza ją faza przemilczeń na temat przeszłości i związku z Lizzie oraz kłamstw w trakcie ponownego uwodzenia byłej narzeczonej, które brzmią równie banalnie jak frazy ze starej piosenki, "że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią" itd.

W związku z Kate wykazuje się brakiem lojalności nie tylko jako mężczyzna, ale też życiowy partner i współpracownik. Gdy zainicjowane przez Stephena badania napotykają przeszkody, Kate wspiera go, zapewniając, że tworzą zespół, więc to ich wspólny problem, a cokolwiek się stanie, zawsze będzie z niego dumna.  W odpowiedzi usłyszy: "I to ma mnie pocieszyć?" Właśnie tak, dupku - chciałoby się odrzec. 

Kate nie otrzyma w zamian wsparcia ani należytej pomocy od męża. Gdy sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli i oboje doznają poparzeń, Stephen zostawi ją samą w obserwatorium i już tam nie wróci, nawet gdy Kate poprosi o pomoc. Co gorsza, wobec innych tchórzliwie będzie próbował zrzucić na nią odpowiedzialność: "Olać Kate, to wszystko jej wina". Tylko po części jego zachowanie da się usprawiedliwić różnicą zdań co do metody rozwiązania problemu. 

Kate zostaje w obserwatorium, bo jako naukowiec pragnie zrozumieć istotę obserwowanego zjawiska i zaradzić niebezpieczeństwu na drodze racjonalnego rozumowania. Stephen uznaje to za zbyt ryzykowne, a sam podejmuje nieskuteczne lub fatalne w skutkach działania w okolicy, przede wszystkim chyba jednak ucieka powodowany strachem i bezradnością. Spotykamy go potem w kilku miejscach, gdzie sieje chaos i w panice doprowadza do kolejnych nieszczęść, niczym wściekły lis z jego wspomnień.

Nielojalność wobec Kate jest tak rażąca, że dostrzegają to nawet kochające Stephena kobiety. Można by pomyśleć, że kochanka i teściowa zaczynają odczuwać coś w rodzaju kobiecej solidarności wobec zdradzanej żony, ale to raczej zwykła solidarność ludzka, odruch przyzwoitego, pomimo popełnionych błędów, człowieka. Lizzie kocha Stephena, ale rozumie, że w krytycznym momencie powinien stać u boku żony. Wielokrotnie namawia go, by wrócił do obserwatorium i zaopiekował się Kate, zwłaszcza gdy dostrzeże na jego twarzy ślad oparzenia. Zirytowany kochanek zapyta: "Sypiasz ze mną czy z Kate?" I będzie to również pytanie o lojalność, w specyficznym rozumieniu Stephena.

Jedną z najbardziej przejmujących kwestii, jakie zabrzmią w trakcie dramatycznych wydarzeń, jest westchnienie Wendy: "Coś ty narobił, Stephenie. Biedna Kate..." (w angielskim oryginale: "Oh Kate..."). Klasyczna "zła teściowa", która nigdy nie akceptowała partnerki syna, a nawet knuła przeciw niej intrygi, tuż przed ostatecznym pożegnaniem wyraża solidarność z synową i szczerze przejmuje się jej losem. Wendy już rozumie, jak ważna w godzinie śmierci jest obecność drugiego człowieka. Własne odejście oznacza dla niej nadzieję na zjednoczenie ze zmarłym mężem. Współczuje Kate, której nie będzie to dane, a czeka ją wieczna samotność.

Ciężar winy opuszczenia bliskiej osoby w chwili śmierci przygniata również Franka, który cierpi, bo jest świadomy, jak bardzo zawiódł. Zabrakło mu odwagi, by towarzyszyć Mary w trakcie odchodzenia, więc zaszył się w pubie, gdy umierała. Możemy go pocieszać, że nie miał szans powstrzymać nieuleczalnej choroby, ale to nie pomoże, bo w odróżnieniu od Stephena, Frank zachował sumienie. Zdaje sobie sprawę, że odejście Mary było zaplanowanym aktem miłosierdzia, a doskonale pamięta słowa żony: "Jestem gotowa stawić temu czoła, bylebyś tylko był przy mnie. "

 

Zbudowanie fabuły wokół metafory epidemii (tutaj: rzekoma grypa) pozwala obserwować, jak poczucie wspólnoty i pragnienie bliskości ściera się z koniecznością izolacji, by przerodzić się w walkę o przetrwanie. Nałożenie kwarantanny zwykle najpierw izoluje lokalną społeczność od reszty świata, a potem zaczyna wywoływać podziały wśród mieszkańców. Jak w oblężonej twierdzy, ludzie z jednej strony próbują się wymknąć, z drugiej podejrzliwie spoglądają na sąsiadów, wypatrując oznak choroby.

W Yaughton to właśnie Stephen próbuje naznaczyć lub - jak mówi Jeremy - "otagować" siedliska zarażonych. To już nie są jego sąsiedzi, tylko nosiciele, których należy za wszelką cenę odseparować, a gdy to nie poskutkuje, wyeliminować na wszelki wypadek wszystkich mieszkańców. Kiedy Clive wzbrania się przed wydaniem wyroku śmierci na własną rodzinę i znajomych, Stephen przedstawia siebie jako męczennika poświęcającego własne życie w imię wyższych celów. A przecież jest zdrajcą; zdążył się zabezpieczyć przed nalotem, przygotowując zapasy żywności i schronienie w bunkrze. Pragmatyzm odbiera mu zdolność współczucia, na przykład gdy na widok tragedii na torach cynicznie zauważa, że już nie uda się uciec pociągiem. 

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że Stephen wie o niebezpieczeństwie więcej niż inni, a do drastycznych zajść i wybuchu paniki nie dochodzi głównie dzięki nieświadomości mieszkańców. Pomagają sobie wzajemnie, bo nawet dostrzegając symptomy, nie wiedzą jeszcze, że to coś więcej niż zwykły krwotok z nosa. Tylko Frank, który przypadkiem dowiaduje się o planowanym nalocie, uważa za swój obowiązek ostrzec pozostałych włączeniem syreny, choć zdaje sobie sprawę, że na powstrzymanie katastrofy już za późno.

Dochodzi do pojedynczych incydentów, gdy troska o własne bezpieczeństwo okazuje się ważniejsza od lojalności wobec drugiego człowieka, a nawet jego życia. Na przykład Diana chce ratować ofiarę wypadku samochodowego, ale Sean przekonuje ją do ucieczki, powołując się na troskę o synka, którego wiozą w aucie. Wtedy jeszcze ich rozgrzeszamy jako rodziców mających prawo w sytuacji ekstremalnej kierować się zasadą mniejszego zła. Później okaże się jednak, że nieudzielenie pomocy Robertowi było pierwszym krokiem, po którym nastąpi kolejny: porzucenie własnego dziecka.

W tych okolicznościach egzamin dojrzałości niespodziewanie zdaje Rachel. Wydawałoby się, że to niefrasobliwa szesnastolatka, czekająca tylko na sposobność ucieczki za granicę z chłopakiem. W krytycznym momencie nie tylko potępi zachowanie rodziców Dylana, ale to właśnie ona zajmie się maluszkiem i zanuci mu ostatnią kołysankę. Dla odmiany Lizzie, która początkowo organizuje pomoc dla zgromadzonych na kempingu mieszkańców, ostatecznie zdecyduje się ich porzucić. Będzie to spóźniona próba ułożenia życia na nowo, podjęta głównie ze względu na dziecko, którego się spodziewa.

Lojalność to pojęcie nieco zapomniane i staroświeckie, a w pewnych kontekstach skompromitowane ("lojalka", "karta lojalnościowa"). Moralitet studia The Chinese Room pozwala je sobie odświeżyć, przypominając zarazem, że aby nie zdradzić, czasem wystarczy po prostu być tuż obok.




 

środa, 20 kwietnia 2016

You walk through a village, hear people talking. The end.

Tak zrecenzował Rapture ktoś, kto jej nie poleca (kciuk w dół). Na tej samej zasadzie napisałam recenzję uniwersalną, pasującą do każdych 9 z 10 przypadkowo wylosowanych gier. Też bym ich nie poleciła.

Zabijasz po kolei wszystkich przeciwników. Koniec.

 

Everybody's Gone to the Rapture to kolejna ofiara wspólnego wora. W jej przypadku określenie "gra" jest nie tylko mylące, ale wręcz deprecjonujące. To uczta dla zmysłów i ducha. Głębokie przeżycie oczyszczające. Doświadczenie, bez którego moje życie byłoby uboższe. Tak działa sztuka, a nie gra. 

Szkoda, że twórcom z The Chinese Room zabrakło odwagi Tale of Tales, by trzasnąć drzwiami i odciąć się od branży. Gorzej, że podpisali kontrakt z Sony, który początkowo gwarantował wyłączność Rapture na konsole. Chyba jednak dostali już za swoje, jak wspominała Jessica Curry, więc wybaczyłam im zdradę, gdy tylko pecetowa wersja zawitała do sklepu. Nawet nie wiem, jak to się stało, że chwilę potem buszowałam już w dolinie Youghton. Zadziałał impuls, a intuicja nie zawiodła.

Debiutując na Steamie, nawet niekwestionowanym dziełom sztuki przyjdzie się zmierzyć z trywialnymi pytaniami w rodzaju "a gdzie rozgrywka?!" albo "takie krótkie i takie drogie?" czy też "kogo mam rozstrzelać za brak opcji RUN?". Nie przekonuje mnie argument, by nie traktować takich komentarzy poważnie, bo kontekst, w jakim działamy, nas osacza, zmuszając do określenia się wobec niego. Dopóki w nim tkwimy, nie uda się uciec od spojrzenia z perspektywy gracza - spłycającego odbiór i sprowadzającego na interpretacyjne manowce. W każdym razie mnie się nie udaje, jak widać. 

Pierwsze wrażenie jest dobre, choć nie oszałamiające: ot, wreszcie jakaś przyjemna post-apokalipsa. Ludzie zniknęli, ale przyroda na szczęście ocalała, i to w zdumiewającej pełni rozkwitu. Jak dobrze. Architektura też nietknięta, nawet angielskie domki kryte strzechą przetrwały katastrofę. Jest pora kwitnienia czeremchy, wokół sielskie pejzaże i ani żywej duszy - czy ja trafiłam do raju? 

Wkrótce wyjdzie na jaw, że jakieś dusze wciąż się tu plączą, ale tymczasem mniejsza o nie. Jako zachłanna na piękno krajobrazu miłośniczka pieszych wędrówek, muszę najpierw sobie wszystko obejrzeć i spokojnie się pozachwycać. Ignoruję świetlnego przewodnika, który próbuje zwrócić na siebie uwagę, zapewne wskazując właściwą drogę odkrywania fabuły. Wolę nie ryzykować, że mnie zabierze na skróty i doprowadzi do finału, zanim spenetruję ten świat po swojemu. 

Pewnie robię wszystko na opak, bo udaje mi się go zgubić i przez długi czas nie będzie mi przeszkadzał. I dobrze, bo co to za eksploracja, gdy podążasz cudzym śladem. Lepiej samemu odkrywać najciekawsze zakątki; jak wtedy, gdy ukryta w zaroślach ścieżka poprowadzi na wzgórze. Zatrzymuję się, by chłonąć rozciągający się ze szczytu widok, a w tej samej chwili motyw muzyczny z tła podchwytuje chór, a na pierwszym planie anielski głos rozpoczyna arię. Jestem w siódmym niebie. Czym sobie na to zasłużyłam? Czyżby nieoczekiwany koncert był nagrodą za moją uważność? Muzyka nie tylko akcentuje wydarzenia istotne dla fabuły, ale też wydaje się współbrzmieć z doznaniami estetycznymi. 

 

Wtedy toksyczny kontekst wora powraca, bo przypomina mi się określenie "symulator chodzenia". Drażni mnie jego rażąca nieadekwatność do moich odczuć i akcentowanie cechy marginalnej. Przecież ani przez chwilę nie pomyślałam o chodzeniu ani żadnej innej formie poruszania się. Chodzi się samo. Pochłania mnie eksploracja, odkrywanie tajemnic tego świata, a przemieszczam się jakby mimochodem, w tempie stosownym do okoliczności. Gracze ze swą obsesją skracania odległości przypominają podejście moich amerykańskich znajomych: "po co te chodniki wzdłuż szosy? to u was ludzie chodzą pieszo, zamiast jeździć samochodami?"

A po co gnać naprzód, gdy tyle ciekawych rzeczy wokół? Światu należy się skupiona uwaga, a to wymaga czasu. Niekiedy widzę lub słyszę tu coś tak pięknego, że boję się poruszyć, by tego nie spłoszyć. Jeśli koniecznie musi to być symulator, to raczej odchodzenia, zważywszy na niezwykłej urody wizje przekraczania ostatecznego progu. Tylko gracz będzie usiłował pędzić dalej w momentach zachwytu lub gdy czas staje w miejscu, bo ktoś żegna się z życiem. Odchodzącemu należy się minuta ciszy, a pozostałym chwila refleksji i żałoby. Najwyraźniej trudno to pojąć przybyszom z utopijnej krainy, gdzie nikt nie umiera, tylko najwyżej znikają plamy z pikseli. 

W miarę jak odsłuchuję kolejne strzępki rozmów, poszczególne postaci nabierają charakteru i kształtów. Już rozpoznaję imiona i głosy bohaterów oraz łączące ich relacje. Niepostrzeżenie ich losy zaczynają mnie obchodzić, a zaangażowanie i napięcie emocjonalne rośnie. Przy drugim przejmującym pożegnaniu zapominam nie tylko o worze, ale o całym świecie wokół. Moje ciało przypomina o sobie uciskiem od wewnątrz, gdy mimowolnie za długo wstrzymuję oddech. Chyba od czasu Brothers: A Tale of Two Sons nie doznałam podobnych sensacji. Ether One, doświadczenie pod wieloma względami najbardziej zbliżone, nie wzbudzał emocji aż tak silnych.

Zabrakło ich dla mnie w Gone Home, zapewne z racji mniej angażującej tematyki. Cóż, nastolatką drugi raz nie będę, a pożegnaniu z życiem, cudzym lub własnym, każdy musi stawić czoła. Dojrzałe podejście do spraw ostatecznych stawia Rapture na pozycji anty-gry, zarówno pod względem formy, jak treści. Nie tylko podejmuje kwestię żałoby, jako etapu niezbędnego dla pogodzenia się ze stratą, ale co trudniejsze, dotyka tabu, jakim dla każdego jest nieuchronność śmierci własnej. Jej świadomość, obca młodym i zdrowym, dostępna jest tylko ludziom starym lub doświadczonym śmiertelną chorobą. Ciekawe, czy prowadzony przez świetliki, podążając przez kwietny tunel ku nieskończoności (nicości?), ktoś pomyśli: jeśli moment przejścia tak wygląda, to może nie ma się czego bać?

Zbliżam się do limitu długości notki, a ledwo dotknęłam istotnego tematu. Tak działa syndrom wspólnego wora: tracisz czas i energię na drugorzędne oczywistości. Jak było cztery lata temu, gdy pisałam o debiucie The Chinese Room, tak jest teraz, i ma na wieki wieków pozostać?...



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64