Gry na opak. Wirtualna turystyka.
Kategorie: Wszystkie | (Nie)gry | Felina ludens | Film | Książki | Muzyka | O blogu | Słówka
RSS
czwartek, 01 marca 2018

Temat poruszałam wielokrotnie, choćby w notce  o porzuconym projekcie kanału Discovery, a co jakiś czas tu i ówdzie wzdychałam:

Ach, gdybyż jakaś gra przeniosła nas do renesansowej Florencji lub Jerozolimy w epoce krucjat, jednak nie po to, by uśmiercać tam ludzi, ale zapytać, jak im się żyje. (...) Przydałoby się biuro turystyczne umożliwiające wycieczki do pięknych krain stworzonych w grach… niezbyt pięknych.   

 

 

No i stało się. Ktoś w Montrealu albo gdzieś wyżej pochylił się nad moim życzeniem, bo oto w ofercie biura podróży Ubisoft pojawiła się nowa destynacja. Nie byłoby sensacji, gdyby wydano tylko dodatek do Assassin's Creed umożliwiający swobodne zwiedzanie odblokowanych w trakcie rozgrywki lokacji. Na taki kompromis już bym nie poszła. Rewelacja polega na tym, że Discovery Tour: Ancient Egypt funkcjonuje jako byt odrębny i niezależny, a więc nie muszę wcale kupować gry, by wejść do stworzonego dla niej świata. A mówiąc wprost, nie muszę podrzynać nikomu gardła ani rozpruwać brzucha czy mordować inną asasyńską metodą, by spacerować po starożytnym Memfis lub popływać feluką po Nilu. Nareszcie! Niby proste i oczywiste, ale w kontekście tego akurat medium - przełom.  

Gdy spełniają się marzenia, darujmy sobie złośliwości ("Ubisoft Greed"), wszak biuro podróży to nie instytucja charytatywna. Dwadzieścia dolarów za bilet do Egiptu potraktuję jako cenę promocyjną, bo idzie o coś więcej niż rozkosze wirtualnej turystyki. Wysyłam sygnał instytucji bez wątpienia komercyjnej, że target dla takich przedsięwzięć istnieje i jest wypłacalny, więc może by go uwzględnić w biznesowych planach na przyszłość, co?

 

 

 

Tytuł "Starożytny Egipt" jest w swej pojemności zwodniczy, więc należy go doprecyzować przed wykupieniem wycieczki. Warto wiedzieć, jaki moment w historii i miejsce na mapie będzie celem podróży. Nasz wehikuł czasu kieruje się do Egiptu w końcu panowania Ptolemeuszy, a nie za faraonów Nowego Państwa czy władców jeszcze bardziej zamierzchłych epok. Nieświadoma tego, zdziwiłam się w pierwszej chwili, skąd tu posągi bóstw z innej mitologii i czemu język przechodniów brzmi jak greka. Wylądowałam w mieście nazwanym na cześć Aleksandra Wielkiego, gdy wpływy greckie, a po trosze i rzymskie zaznaczyły się już wyraźnie w sztuce i życiu codziennym. Z drugiej strony, moment jest o tyle dogodny, że największe atrakcje turystyczne, jak kompleks piramid czy Sfinks, zdążyły nabrać pustynnej patyny, a nie dopadły ich jeszcze hordy turystów. Kto poczuł się kiedyś ziarenkiem piasku pośród tłumu w Gizie, ten doceni przywilej obcowania ze Sfinksem sam na sam.

 

 

Nie zapominajmy, że wkraczamy do świata wykreowanego, a często pieczołowicie odtworzonego na potrzeby pewnej gry, zatem nasza wyprawa sprowadza się zasadniczo do zwiedzania jej rozlicznych lokacji. Rozmieszczone są na obszarze rozległym, acz ograniczonym do dolnego Egiptu, ze szczególnym uwzględnieniem delty Nilu. Nie ma zatem co liczyć na wypady do Karnaku czy Asuanu, a reklamacje w tej sprawie nie będą uwzględniane. Mimo wszystko czeka Państwa moc atrakcji, ze zwiedzaniem wnętrza piramid włącznie, a zamiast nadwerężonej zębem czasu świątyni Sobka w Kom Ombo proponujemy spacer po Krokodilopolis w pełni rozkwitu.

Trzeba też przyznać, że na dostępnej eksploracji mapie, która obejmuje również olbrzymie tereny pustynne oraz skaliste wyżyny na zachodzie, nie ma żadnych białych plam. Wydawałoby się, że leży tam tylko morze piasku i "kamieni kupa", ale wszędzie można dotrzeć i samemu sprawdzić. Impulsem do zbadania odległych zakątków bywają miniaturki fotek wykonywanych przez innych globtroterów, pojawiające się dyskretnie na interaktywnej mapie. Podróżuje się przecież głównie po to, by robić "selfie" i kolekcjonować na nich "lajki", a tryb PHOTO pozwala się wykazać i pochwalić społeczności użytkowników programu.

 

 

Czy ktoś pragnie zatopić się w swobodnej eksploracji, czy też woli uczestniczyć w przygotowanych przez biuro wycieczkach fakultatywnych (wliczone w cenę!), najpierw musi wybrać awatar, czyli kogoś, kto będzie go reprezentował  w wirtualnym świecie. Do wyboru są postaci mężczyzn, kobiet i dzieci, także znani skądinąd Kleopatra oraz Juliusz Cezar. Niżej podpisana występuje na zdjęciach obok jako mieszkanka Aleksandrii o imieniu Aya.

Gwarantujemy różnorodne i niezawodne środki transportu. Wygodniccy skorzystają pewnie z opcji szybkiej podróży, by się sprawnie teleportować do wybranych punktów na mapie. Zwolennicy aktywnego wypoczynku mogą dosiąść konia lub wielbłąda, a nawet przywołać orła, by podziwiać widoki z lotu ptaka (młodzież powie: drona). Kto lubi wspinaczkę, ma szansę wykazać się zwinnością człowieka-pająka, wdrapując na posągi, piramidy, a choćby i latarnię na Faros. Dozwolone jest także pływanie w Nilu - wpław lub na którymś ze statków lub łodzi. Dla mnie oglądanie świata z perspektywy rzeki (a niekiedy morza) okazało się zaskakująco odkrywczym doznaniem. Samodzielne sterowanie i nieskrępowana penetracja zakamarków delty to zupełnie coś innego niż tradycyjny rejs wycieczkowcem.

 

 

Miłośnicy pieszych wędrówek też będą zadowoleni, bo niemal wszędzie można dotrzeć na własnego awatara nogach, choć odległość i upał dadzą się we znaki. Wymagana jest żelazna kondycja biegowa, albowiem nasze wirtualne alter ego nie potrafi chodzić powoli, niestety. Aya się zasapie, zadyszy, ale nie zwolni tempa. Zapewne przypadłość ta ma związek z atawistyczną awersją graczy do spacerowania, ale nieważne, zapomnijmy już o nich. Na szczęście można się zatrzymać i rozglądać do woli, a nasi przewodnicy (głos mężczyzny i kobiety) wręcz zachęcają do tego ("nie spiesz się, starożytny Egipt nie ucieknie").

Eksplorujemy przestrzeń wszerz, wzdłuż i  w głąb, obserwujemy życie z wszelkich możliwych perspektyw, jednak pogawędzić z tubylcami nie będzie nam dane. Ludzie dostrzegają awatar, czasem go pozdrowią, częściej zaklną, gdy potrąci ich w pędzie, ale dialogu nie nawiązują. Pewnie z powodu bariery językowej, bo Aya też się nie odzywa, jedynie dziarsko pokrzykuje na konia. Zwykle próbuje integrować się z miejscowymi, naśladując ich zachowanie. Muszę tylko sprawić, by stanęła na oznaczonym podświetleniem miejscu, a zasiądzie do posiłku z ucztującymi lub wzniesie modły jak kapłani w świątyni. Zdarza jej się nawet bezczelnie spychać rzemieślników ze stanowisk pracy, by wcielać się w rolę garncarza, szkutnika czy skryby.

 

 

 

Prawdę powiedziawszy, tylko markuje ich czynności, niczym turystka pozująca do zdjęcia. Gdyby jednak rozbudować te scenki, to warsztaty rzemieślnicze mogłyby wzbogacić program edukacyjny o naukę przez doświadczenie. Generalnie, wiedzę czerpiemy tutaj po części z obserwacji, a przede wszystkim z objaśnień przewodników w trybie zwiedzania. A chciałoby się czasem odkryć coś samodzielnie. Ciekawie by było zdobywać informacje przez wykonywanie zadań, rozwiązywanie problemów, łamigłówki czy choćby zabawę w podchody, znane dziś jako "gry miejskie". Zanim jednak nasza świeżo wyemancypowana edukacja ulegnie grywalizacji, korzystamy ze sprawdzonej metody zwiedzania z audioprzewodnikiem. Zaznaczam, że zaliczyłam prawie wszystkie z 75 wycieczek tematycznych i wciąż nie mam dość, nawet jeśli poniżej zgłoszę uwagi krytyczne. Zdobywanie wiedzy jest fascynujące!

 

 

 

Większość tur to parominutowe przechadzki, którym towarzyszy kilka zwięzłych komentarzy. Niektóre może zbyt pobieżne, ale poziom większości wydaje się odpowiedni dla początkujących. Przeciętny turysta, czyli średnio zainteresowany tematem laik, nie powinien narzekać na nadmiar informacji, a ma szansę zdobyć podstawy wiedzy z wielu dziedzin, np. o technice balsamowania czy hieroglifach. Jedne tematy są potraktowane bardziej wyczerpująco (np. piramidy), inne ledwie zasygnalizowane, jak wierzenia czy fauna i flora. Dla przykładu, jedynie papirus i sylfion doczekały się oddzielnego komentarza przewodnika w miejscu, gdzie rosną. W identyfikacji pozostałych roślin jesteśmy zdani na siebie, pozostając często nieświadomi ich zastosowań, symboliki, związku z wierzeniami. Bardziej ambitni będą zatem odczuwać niedosyt, bo przydałaby się możliwość pogłębienia tematów, dostęp do źródeł czy wskazówki bibliograficzne. Tymczasem napis MORE INFO tłumaczy się tu jako "a teraz przeczytaj, co przed chwilą usłyszałeś". Funkcja przydatna dla osób mało osłuchanych z angielskim, ale wydaje się, że miało (i powinno!) być tu coś więcej. 

 

 

 

Podobno do powstania programu przyczyniło się zainteresowanie nauczycieli, którzy zamierzają wykorzystywać go jako pomoc dydaktyczną. Jeśli zatem Discovery Tour potraktować jako swego rodzaju lekcję muzealną, to trzeba zauważyć, że mimo niezaprzeczalnych walorów krajobrazowych i zaawansowanej technologii pozostaje dość tradycyjna w formie. Współczesne muzea już nie zmuszają do podążania za przewodnikiem po z góry ustalonej trasie, a przynajmniej na tym nie poprzestają. Próbują nas aktywizować, oferują otwartą przestrzeń i swobodę co do wyboru obiektu zainteresowania oraz stopnia pogłębienia tematu. Możesz poprzestać na tabliczce informacyjnej, ale gdy temat cię zaciekawi, to przy tym samym stanowisku przeczytasz dodatkowo dokument historyczny, obejrzysz film, sięgniesz po słuchawki z nagraniem czy zasiądziesz przy mini-warsztacie albo sprawdzisz się w multimedialnym teście. Prawdziwe muzea dziś tak funkcjonują, walcząc o zainteresowanie w dobie elektronicznej rozrywki.

 

 

 

Szkoda, że muzeum wirtualne, w którym teoretycznie można wszystko albo jeszcze więcej, nie wykorzystuje swego ogromnego potencjału. Oszałamia możliwościami eksploracji, ale jego wartość edukacyjna pozostaje na poziomie ledwie zadowalającym. Edukacja powinna przenikać eksplorację, a nie tylko ograniczać się do formy wykładu. Nie do końca jasna jest rola dwojga przewodników, którzy sami się określają jako "wszechobecni" (omnipresent), jakby pracowali na pełen etat. Tymczasem dzielą się wiedzą tylko w trakcie zwiedzania, a podczas eksploracji nie ma z nich większego pożytku. Towarzyszą nam nieustannie, powtarzając do znudzenia kilka banalnych kwestii. Z czasem zaczyna to drażnić, zwłaszcza gdy w twojej głowie kłębią się pytania: jakie to bóstwo? co to za zwierzę? co ten żołnierz tu robi? jak się nazywa powóz, który właśnie wyprzedzam?... W odpowiedzi usłyszysz najwyżej filozoficzne: so many tours, so little time...

 

 

Chyba się znowu rozmarzyłam. Ach, gdybyż Discovery Tour od początku i z założenia była niezależnym projektem, a na walorach edukacyjnych skupiono by więcej sił i środków... Tymczasem powstała niejako mimochodem, w tle przedsięwzięcia o zupełnie innym charakterze, a nam przypadły cenne okruchy z pańskiego stołu, coś na kształt porzuconych dekoracji z opuszczonego planu filmowego, którym ogarnięci szałem bojowym asasyni nie raczyli się przyjrzeć. Doceńmy więc ogrom pracy grafików, programistów i historyków. Radujmy się, że ich wysiłek nie pójdzie na marne.   

Toteż doceniam i cieszę się jak dziecko. Biegnę pławić się w Nilu i pojeździć na krokodylu. 

 




niedziela, 30 kwietnia 2017

 



Los tak chciał. Mogłam być osłem albo paprocią, ale los zdecydował, że na początku będę piżmowołem. Dobrze wybrał, ponieważ dzięki temu poznałam nowe słówko, i to w dwóch językach. Lubię wiedzieć, więc musiałam sprawdzić, czy w ogóle istnieje takie zwierzę: muskox. Gdy pojawiła się możliwość dołączania, zebrało się nas więcej i zaczęliśmy wspólnie biegać i śpiewać. Tu każdy śpiewa. Kiedy byłam Toczącymi się Kamieniami, też często śpiewaliśmy.

Raz zaczepił mnie jakiś robak i zapytał, czy nie marzyło mi się nigdy, żeby zostać karaluchem. Normalnie bym się wzdrygnęła z odrazą, ale na pustyni nie ma wielkiego wyboru, więc czemu nie. W trakcie metamorfoz trzeba tylko uważać, by precyzyjnie wskazać obiekt docelowy. Mnie się ręka lekko omsknęła i niechcący zostałam mrówką. Może to i lepiej. Kiedyśmy dreptały po pustyni, ktoś - jakiś skorpion czy może porost - opowiedział nam o tańcu. Pierwszy raz robiłam TO z mrówkami, ale spodobało mi się tak bardzo, że zamierzam tańczyć ze wszystkimi, bo podobno każdy gatunek robi TO inaczej.



Kiedyś spotkało mnie coś niezrozumiałego. Nagle znalazłam się zupełnie gdzie indziej i nabrałam dziwnych, trudnych do zdefiniowania kształtów. Ze zdumieniem przeczytałam: jesteś Zdeformowaną Ruiną. Że co??? Ja sobie wypraszam. Wolałam nie przyłączać się do innych ruin. Gdy tylko napatoczył się znajomy kształt, uznałam, że jednak wolę być staromodnym Patefonem. Co to się działo, gdy zaczęły do mnie dołączać instrumenty muzyczne! Niezły koncert daliśmy. Niby śpiewać każdy może, ale co fachowcy, to fachowcy.

Hej, czy to przypadkiem nie mózg tam dryfuje? Nauczyłam się już, że aby sprawdzić, czym coś jest naprawdę, trzeba po prostu się w to wcielić. Wtedy dopiero wiesz na pewno. No i się dowiedziałam: you are Broken Brain. Nie rozumiałam tylko, co ze mną nie tak, w jakim sensie jestem broken. Gdy przemknęła w pobliżu Ręka, wpadłam na pomysł, żeby poszukać innych zapasowych części i skompletować z nich całość. Nic z tego, części ciała nie chciały się do mózgu przyłączać, za to lgnęło do mnie wszystko, co skrzywione, wypaczone, zwichrowane, w tym... wszelkie ruiny.



Dawno nie miałam równie inspirujących przygód. Mam tylko nadzieję, że nikt tego nie czyta, żeby nie stracił efektu zaskoczenia. Przeczuwałam, że to będzie coś dla mnie, ale nie oczekiwałam świetnej zabawy, tylko czegoś bardziej statycznego i kontemplacyjnego. Szczególnie gdy czytałam, że to taka trochę większa Mountain albo że wystarczy sobie obejrzeć na YT. Kto plecie podobne bzdury, nie ma pojęcia o potędze interaktywności. Żadne filmy ani obrazki nie zastąpią własnego doświadczenia.

Weźmy na przykład mentalne ćwiczenia ze zmiany perspektywy. Sama często mówię, że warto spojrzeć na sprawy z innego punktu widzenia albo postawić się na czyimś miejscu, bo każdy ma swoje racje. Tłumaczę to innym lub sobie, zwykle z kiepskim skutkiem. Teoretycznie wiadomo, że ten sam las wygląda inaczej z perspektywy pełzającej gąsienicy i szumiącego dębu, ale co innego, gdy można się o tym przekonać samemu, choćby tylko wirtualnie. Niezwykle pouczające doświadczenie.



Znajduję tutaj wyjątkowe połączenie dziecięcej, może nawet głupawej radości z byle czego (choćby z bycia stadem śpiewających piżmowołów) z inspiracją do przemyśleń nad kwestiami podstawowymi i uniwersalnymi. Czasem sama na coś wpadnę, kiedy indziej podpowiadają mi ci, których tu spotykam, choć nie zawsze dzielą się złotymi myślami, zdarza im się też prawić banały. Jakby nie dość inspiracji, to zbieram też rozrzucone po chaszczach fragmenty kursu filozofii Alana Wattsa. Radosna eksploracja przeplatana lekką stymulacją intelektualną to zupełnie nowa jakość. Dla mnie rewelacja.

Coraz bardziej doceniam afabularność, bo opowiadanie historii wydaje mi się mocno przereklamowane. Jeśli mam śledzić mało satysfakcjonującą fabułę, to już wolę, żeby jej wcale nie było. A tu nie tylko nikt mi nie narzuca swojej historii, ale wręcz przeciwnie, daje mi wolność do tworzenia własnych. Niemal na każdym kroku przydarza mi się coś, co stanowi materiał na opowiadanie czy powiastkę filozoficzną.



Piękne, zabawne, inteligentne, kojące - chyba odkryłam nowy kierunek wirtualnej emigracji. To prawdziwa kraina czarów: mogę stać się kimś innym, zwiększać i zmniejszać, dziwić, bawić i co chwilę wskakiwać do nowej króliczej nory. No i miło pomyśleć, że tym, od których emigruję, na pewno by się tu nie spodobało.

Jest coraz dziwniej i dziwniej. Po kilku godzinach nieskrępowanej zabawy, gdy zaczynałam się zastanawiać, na jak długo Davidowi O'Reilly starczy pomysłów, nadeszły gratulacje z racji... ukończenia samouczka (?!). Nawet nie zauważyłam, że był jakiś, a tu raptem pojawia się napis: Welcome to Everything. Czyli dopiero teraz się zacznie?



czwartek, 27 kwietnia 2017


Pustka i nuda, plus trochę frustracji - tyle mi zostanie. Taka była moja odpowiedź na tytułowe pytanie (What remains of Edith Finch) na początku znajomości z Edytą. Teraz rozumiem, że odczucie pustki wynikało po części z nadmiernie rozbudzonych oczekiwań, a frustrację wywołały dwa momenty, w których kontroler zawodził i trzeba się było posiłkować klawiaturą. Zanim po nią sięgnęłam, przez długi czas bezskutecznie próbowałam się rozhuśtać (patrz: trailer poniżej), co w swej groteskowości było może zabawne, ale uniemożliwiło jakiekolwiek zaangażowanie w historię Calvina.

Jako deska ratunkowa w awaryjnej sytuacji ta metoda okazała się skuteczna, ale trudno mi sobie wyobrazić komfortową eksplorację z rękoma zajętymi myszą i klawiaturą. Z pewnością nie takie było zamierzenie autorów. Podejrzewam nawet, że cała historia rodu Finchów powstała głównie jako pretekst do wykazania przydatności kontrolera (a zwłaszcza pewnej konsoli) w eksploracji trójwymiarowej rzeczywistości. Raczej nie sądzę, by u zarania losów Edyty leżał zalążek fabuły lub jakieś przesłanie, które jej stwórcy pragnęliby przekazać światu. 

 

Wyobrażam sobie raczej, że na początku jakiś szef polecił pracownikom przygotowanie etiud uwzględniających różne zastosowania wspomnianego gadżetu. - Tylko żeby to nie były swobodne wałęsanki bez celu, macie zaimplementować mechanikę dyscyplinującą spacerowiczów i wymuszającą użycie kontrolera w określony sposób. Temat? Powiedzmy... śmierć, umieranie, ale nie sztampowo, tylko dziwacznie i niepokojąco, coś w stylu weird fiction. - Później, gdy trzeba było powstałe w ten sposób igraszki ze śmiercią połączyć w całość, pojawił się koncept niesamowitego dworu, pełnego ukrytych pomieszczeń i zakamarków, zamieszkiwanych przez członków ekscentrycznej rodziny. Rola kustosza w tym muzeum osobliwości przypadła powracającej po latach do siedziby rodu dziedziczce. Tak narodziła się Edyta.

Koniecznie trzeba zwrócić uwagę na imię. Edyta jest bowiem Edytą. To nie Estera ani Etan, ani tym bardziej Everybody. Wolę wierzyć, że filuternie mruży oko, gdy oglądam scenę jak z Dear Esther albo ujęcie niczym z Ethana Cartera. Przecież nie każda  powracająca do domu po latach dziewczyna musi być bohaterką Gone Home, no chyba że w bardzo przewrotnym wydaniu. Darujmy sobie krępujące dla Edyty porównania z Everybody's Gone to the Rapture; łączy je raczej powierzchowna zbieżność tematyki. Tak się składa, że wszyscy przedstawiciele rodu Finchów umierają, ale zwykle śmierć następuje przypadkiem albo w niewyjaśnionych okolicznościach, więc bez zbędnych dywagacji zrzucamy odpowiedzialność na rzekomą klątwę. Tak jest bardziej tajemniczo, ale niewiele z tego wynika.

Oczywiście rozumiem, że z historii Molly czy Barbary wcale nie musi nic wynikać, mają po prostu być na swój sposób zabawne. Skontrastowanie dziecięcego głosu narratorki z obrzydliwościami w treści przedstawianej fantasmagorii ma wywołać upiorny efekt komiczny, i być może wywołuje. Z kolei opowieść Barbary da się odczytać jako pastisz pulp fiction, co pewnie docenią zwolennicy komiksowej estetyki. Rzecz gustu. Ja się na tym etapie bardziej nudziłam niż bawiłam, choć to właśnie wypatrzone w zwiastunie akcenty surrealistyczne sprawiły, że rzuciłam się na Edytę równie łapczywie jak... drapieżne wcielenie jednej z postaci na swoje ofiary.

Ciekawie zaczyna się dziać w historii Sama, czyli epizodzie na polowaniu, bo to pierwsza miniaturka "o czymś";  z tematem, problemem, angażująca emocjonalnie. Wykorzystanie podobieństwa pstrykania fotek i mierzenia do celu nie jest może odkrywcze, ale w tym wypadku spełnia swoją rolę. Natomiast "efekt awe" albo wbicia w fotel wywołuje niewątpliwie Lewistopia. Dla tego fragmentu warto się pomęczyć i przecierpieć słabizny. Nie chodzi tylko o zbieżność z tematyką eskapistycznych uzależnień, którą lekko musnęłam ledwie parę dni temu. W wątku Lewisa wyraźnie widać, jak mechanika genialnie współgra z treścią.

Zapewne tekst opowiadania o Lewisie obroniłby się jako mała forma literacka i wyjęty z kontekstu samodzielnie mógł osiągnąć zamierzony efekt - wszak słowo jest potęgą. Mechanika i wizualia pełnią rolę wspomagającą, bo nie potrafią zastąpić tekstu, jedynie mu towarzyszą. W tym sensie nie ma co się sprzeczać z Bogostem, który dopatruje się tu porażki medium i oddania literaturze palmy pierwszeństwa w prowadzeniu narracji. Ma rację o tyle, że Edyta bez tekstu nie istnieje, nie potrafi mówić własnym językiem. To tekst jest osią narracji, nawet w sensie dosłownym, gdy zaliczamy demonstracyjnie rozpięte banery z odkrywaną fabułą albo bawimy się literami, podobnie jak u Simogo w Device 6. W odróżnieniu od kontrowersyjnego krytyka doceniam jednak każdą udaną próbę stworzenia odrębnego języka, a zastosowana w wątku Lewisa mechanika wyraża skrótowo to samo, co towarzyszące jej słowa. Staje się więc metaforą, trochę jak poezja. To jeszcze nie jest system językowy, tylko gaworzenie, ale skutecznie wzmacnia efekt. 



 

Mimo chropawych początków, Edyta sporo zyskuje przy bliższym poznaniu. Jak to z eklektycznymi składankami bywa, ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale w sumie to ciekawa antologia narracyjnych eksperymentów, spięta klamrą wzruszającej pointy. Na etapie czytania listy płac (wyjątkowo sympatycznej zresztą) okazało się, że odpowiedzią na tytułowe pytanie są... łzy. Tyle mi zostało po Edycie.



niedziela, 23 kwietnia 2017

 

Tu, w Stardew Valley, jesteśmy odcięci od reszty świata. Może to i dobrze - zauważył Demetrius, odkładając gazetę.

 



Cudowna, godna pozazdroszczenia izolacja. To ona nas przyciąga i sprawia, że wracamy. Stałych mieszkańców przywiodły tutaj różne motywacje: Demetriusa urzekło bogactwo flory i fauny, artyści szukali w przyrodzie twórczej inspiracji, ktoś pragnął spokoju po traumatycznych przejściach, inni chcieli po prostu żyć po swojemu, blisko natury, z dala od zgiełku i wyścigu szczurów. A my, przelotne ptaki, uciekamy ze świata populizmu, postprawdy, propagandy czy innych plag na tę samą literę. My zdies' emigranty - zdegustowani, wyalienowani, bezdomni eskapiści.

Ostatnie, czego nam trzeba, to kolejna dawka "triple A": akcji, agresji, adrenaliny. Wręcz przeciwnie, pragniemy ukojenia i spokoju, tęsknimy za utraconym ładem i harmonią. A tuż za bramą Pelican Town, przy pierwszych dźwiękach powitalnej melodii, opadają złe emocje, wszystko wraca na swoje miejsce i znowu jest normalnie. Raz nawet złapałam się na tym, że zasiadając do komputera po pracowitym dniu wypełniania obowiązków, pomyślałam sobie: a teraz zajmę się czymś pożytecznym. Będę siać, podlewać i patrzeć, jak rośnie, tudzież doić krowy i strzyc owce. 



Za ten brak wyrzutów sumienia (że strata czasu, że to niepoważne...) odpowiedzialne są pewnie jakieś atawizmy (że matka-ziemia, że matka-natura, że inwentarz...). Bogumił Niechcic by zrozumiał: pracuję na roli ergo nie tracę czasu. Trochę to jednak niebezpieczne, zwłaszcza że Stardew Valley to miejsce wyjątkowo zdradliwe, które przyciąga, ale też nieprzyzwoicie wręcz wciąga i prędko nie wypuszcza ze swych macek. Po kilku dniach osiągnęłam podobny stan upadku jak Penny pochłonięta przez Age of Conan. W polskiej wersji Leonard zwraca jej uwagę na chrupkę (ja usłyszałam: krówkę) we włosach, a dziewczyna machinalnie ją zjada, niemal nie odrywając oczu od laptopa. 

Zasadniczo, przynajmniej na początku, absorbuje nas gospodarowanie zasobami, co do pewnego momentu, dopóki zasoby mocno ograniczone, może stanowić spore wyzwanie. Jak najlepiej wykorzystać darowany czas, gdy pieniędzy brak, a siły wątłe, bo słupek wytrzymałości niski? Łowić ryby czy zbierać grzyby? Złowioną rybę zjeść czy może lepiej sprzedać? Zainwestować w nasiona czy postawić na ulepszanie narzędzi? Pierwszy rok na farmie obfituje w podobne dylematy. Roboty w bród, nie wiadomo, w co wpierw ręce włożyć.



Jedyne, co może uchronić przed totalną emigracją wirtualną, to pewna niedoskonałość SV, o której przekonamy się prędzej czy później, jednak nie wcześniej niż po kilkudziesięciu przepracowanych tam godzinach. Gdy już uporasz się ze wszystkim, udoskonalisz narzędzia i sprzęty, zakupisz dostępne zwierzęta i zbudujesz kwitnące gospodarstwo, stan konta będzie rósł, ale możliwości inwestowania się skończą. Wtedy wreszcie przystaniesz i spytasz: co dalej? Gorzej, jeśli w odpowiedzi podobnie jak ja... zaczniesz całą procedurę od początku.

Z pierwszą farmerką dotarłam do tego momentu dopiero w trzecim roku pobytu w dolinie. Trochę to trwało, ponieważ była pionierką; to ona eksplorowała świat i uczyła się reguł w nim panujących, a ten etap najmocniej fascynuje i pochłania bez reszty. Korzystając z jej doświadczeń, moje kolejne wcielenia potrafią wyjść na prostą już po paru miesiącach, choć to stanowczo za krótko, by pozamykać wszystkie sprawy i wątki, o zgłębieniu tajemnic nie wspominając.



Czego tu jeszcze szukam? Czasem wpadam jak do uzdrowiska, ze względu na wyżej wspomniane walory terapeutyczne. Poza tym wciąż mam tu coś do odkrycia. To nie pierwszy lepszy symulator rolniczy, bez duszy, ograniczony do rozbudowy maszynerii. To coś innego od typowych strategii ekonomicznych, gdzie oglądamy społeczność w skali makro. Tutaj niemal każda postać ma do opowiedzenia własną historię. Żeby je poznać, a zarazem odkryć warstwę fabularną, należy poświęcić każdemu należną uwagę oraz najważniejszy z zasobów: czas. Dopóki koncentrujesz się na produktywności, na ten luksus nie możesz sobie pozwolić. A warto, by przypomnieć sobie starą prawdę, że pozory mylą; przy bliższym poznaniu jedni tracą, inni zyskują, a prawie każdy zaskakuje. 

Z tej perspektywy wyraźniej widać, że nie mamy do czynienia z tak uproszczoną czy naiwną wizją świata, jak na pierwszy rzut oka się zdawało, zwłaszcza jeśli zmylił nas styl graficzny, z pozoru sugerujący infantylizm. Tymczasem charaktery okazują się skomplikowane psychologiczne, a życie w dolinie dalekie od sielanki. Drzemią tam ukryte namiętności, występują konflikty postaw, trwają potajemne romanse, zdarzają się przypadki depresji i poważnych załamań. 



Ktoś może wrzucić SV do worka utopijnych wizji powrotu do natury i pobłażliwie skomentować, że przecież to wszystko już było. Cóż z tego, że było, skoro nie tylko nie traci, ale wręcz nabiera aktualności. Podczas gdy główny nurt z upodobaniem pławi się w katastroficznych dystopiach, Eric Barone stworzył dla nas podnoszący na duchu, bezpieczny azyl. Trafił w dziesiątkę, bo w ciężkich czasach zapotrzebowanie na utopie rośnie, a nawoływania do troski o środowisko, poszanowania świata zwierząt i roślin nigdy dosyć. Może nie wszyscy osiądziemy na wsi i przejdziemy na wegetarianizm, lecz każdy powinien pamiętać, że jest dzieckiem wszechświata, a nie jego panem.



Polecam miłośnikom natury, wegetarianom, mikroprzedsiębiorcom, alterglobalistom, autsajderom, niespełnionym działkowiczom oraz wszystkim spragnionym pozytywnych wibracji.


piątek, 25 listopada 2016

Ulżyło mi. To się dzieje naprawdę. A bałam się, że przesadzam albo mi się zdaje. Kneblowałam się, wyrzucałam teksty do kosza, miałam sobie za złe. No bo jakże tak, porównywać bądź co bądź Braci w Graniu tudzież znamienite postaci z Branży do barbarzyńskiej falangi? Toż to myślozbrodnia jakaś.

Tymczasem autor artykułu na temat alt-right bez zbędnych skrupułów osadza gamergate w konkretnym kontekście politycznym. 

Czyli ze mną wszystko w porządku. To tylko świat się kończy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65