Gry na opak. Wirtualna turystyka.
Kategorie: Wszystkie | (Nie)gry | Felina ludens | Film | Książki | Muzyka | O blogu | Słówka
RSS
piątek, 22 stycznia 2016

Granie w The Westport Independent nie ma sensu. Nie dlatego, że słabsze od Papers, please albo że to już było (Republia Times Lucasa Pope'a). Błąd tkwi w założeniu, bo nie mogą istnieć niezależne media sterowane przez polityków. 

Od początku wiem, że stoję na straconej pozycji. Nowa władza (tu: Partia Lojalistów) wzięła się za porządki w mediach. Zapragnęła im przywrócić niezależność i obiektywizm, dla dobra narodu oczywiście. W ramach "odpartyjnienia" nałożyła obowiązek przynależności do prorządowego stowarzyszenia dziennikarzy, zakazała krytyki partii i prezydenta. Oczekuje propagowania moralności i lojalności, dbałości o wizerunek kraju.

W tych okolicznościach zaproponowano mi stanowisko naczelnego The Westport Independent. Dobrze wiem, czym to pachnie. Cokolwiek zrobię -  przegram. Rola reżimowego propagandysty oznaczałaby dla mnie porażkę moralną. Gdy spróbuję uczciwie redagować gazetę, to prędzej czy później i ją, i mnie zamkną. Nie wezmę tej roboty. Jedyna szansa, by wygrać, to nie brać udziału w tej grze.

A jednak ludzie grają. Może nie mają wyjścia. Może wierzą, że im się uda. W końcu jeśli nie ja, zrobi to ktoś inny. Ktoś inny zagra i napisze o TWI, a przecież ja potrafię lepiej. Może nawet wyjdę z twarzą.

Staram się przemycać jak najwięcej prawdy, ale próbuję nie drażnić władzy nadmiernie. Nie mogę szarżować, odpowiadam przecież za zespół. Wykorzystuję chwyty retoryczne, skracam i wyrzucam, by stonować wydźwięk artykułów, ale gdy tylko wspomnę o antyrządowych zamieszkach, zaczynają się naciski, a potem aresztowania dziennikarzy. 

Nieustannie lawiruję między wymogami cenzury a własnym sumieniem, reklamodawcami a naszymi drogimi czytelnikami. Ci ostatni reprezentują różne opcje polityczne, ale większość oczekuje jak najwięcej ploteczek z życia celebrytów ewentualnie taniej sensacji.

A gazeta musi się sprzedać. Raz nawet dałam na pierwszą stronę temat celebryckiego romansu, by odwrócić uwagę od artykułu o indoktrynacji w szkołach i notki o nasilającej się inwigilacji. Zdaję sobie sprawę, że wraz z zespołem ulegamy łatwym do przewidzenia mechanizmom psychologicznym; pojawia się autocenzura, racjonalizacja (przecież trzeba z czegoś żyć), zaprzeczenie (cóż jedna mała redakcja może zdziałać...). Zastanawiamy się, czy w ogóle mamy wpływ na kształtowanie opinii.

To wszystko dzieje się tutaj, w Westport. Może dawniej zgodziłabym się z zarzutami o uproszczenia i brak finezji, uleganie czarno-białym schematom. Dziś wiem, że nawet pozbawiona skali szarości sytuacja może być skomplikowana. Czasem rażące moje uszy obrzydliwe kłamstwo dla innych okazuje się świętą prawdą. Bywa, że to, co dla nas ewidentnie czarne, innym wydaje się białe. Nie tylko cynicznym spin-doktorom, ale też zwykłym obywatelom. I to dopiero jest dramat.

Zagraniczni obserwatorzy piszą, że Westport to jakiś komunistyczny reżim albo dopatrują się w nim faszystowskiego totalitaryzmu. Naiwni. Niech lepiej uważają na swoje ciepłe, rzekomo świetnie funkcjonujące demokracje, bo wcale nie są w nich bezpieczni.  Zdarzyło się Stanach w czasach makkartyzmu, może się zdarzyć wszędzie albo jak u Jarry'ego: [CENZURA] nigdzie.

Nie warto. W każdym razie eskapistom nie polecam.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Granie równoległe?... Sama nie wiem, jak nazwać perwersyjną sytuację, gdy siedzisz w fotelu przed telewizorem, z tablecikiem na kolanach ("masz tablecik?" - zapytał mnie ostatnio pewien trzylatek). Jedną ręką obsługujesz ekran dotykowy, druga manipuluje myszką połączoną z komputerem. Na obu ekranach - tabletu i telewizyjnego monitora - ta sama gra. Zasadniczo ta sama, ale w różnych systemach (iOS i Windows), więc chyba nie do końca symultaniczne to granie, może  raczej naprzemienne. Gdy w pecetowej wersji zaczyna się konwersacja, która  toczy się tam niemal samoczynnie, możesz się skupić na tablecie, gdzie po każdej kwestii wymagany jest dotyk w celu przewinięcia listy dialogowej.

Naiwnie zaczynasz się napawać swoją podzielnością uwagi, jakże świetnym opanowaniem obsługi technologicznych gadżetów. W rzeczywistości to technologia cię opanowała, stajesz się częścią maszyny, która pociąga za sznurki, każąc ci tu dotknąć, ówdzie kliknąć. Dlaczego zatem pozwalasz mackom dwóch konkurencyjnych korporacji równocześnie sobą manipulować?

Początkowo zamierzałam tylko przetestować iPadową wersję Yoomurjak's Ring, która swego czasu sprawiła mi wiele radości na pececie. To jedna z moich ulubionych gier turystycznych (jak Byzantine the Betrayal czy The Beast Within), oferujących wycieczki do autentycznych miejsc z bogatą historią (tutaj: Eger na Węgrzech), gdzie wydarzenia z przeszłości przeplatają się z wątkiem współczesnym. 

Trudno przewidzieć, jaki będzie ostateczny efekt przeniesienia gry typu point and click na tablet, ale zwykle można oczekiwać (albo się obawiać) licznych uproszczeń i ułatwień. Wyrazem przyjaznego nastawienia do gracza okaże się na przykład bardziej czytelna mapka Egeru, gdzie nie tylko symbole lokacji są stale widoczne (w oryginale należało najechać kursorem, by ukazała się odpowiednia ikonka), ale dodatkowo adresy jeszcze nieodwiedzone przyciągają wzrok zielenią. 

Inaczej przebiegnie eksploracja: ominie nas penetrowanie ekranu myszką w poszukiwaniu miejsc, gdzie kursor zmienia kształt, sygnalizując możliwość interakcji. Wszystkie czułe punkty podane będą na tacy i widoczne natychmiast, jak na tym opuszczonym cmentarzu upstrzonym ikonkami. Gwoli sprawiedliwości przyznaję, że ilustrację wybrałam tendencyjnie, bo w YR średnio przypada nie więcej niż 1-2 ikonki na lokację. Przypomina to granie "z włączonymi hot-spotami", które od kilku lat pojawia się jako opcja w pecetowych przygodówkach. Dla jednych to sensowne i wielce użyteczne rozwiązanie, dla innych - obciach.

 

Przychylam się raczej do tego drugiego, mniej pragmatycznego stanowiska. Z rozrzewnieniem wspominam frustrujące momenty utknięcia na zagubionych pikselach, np. gdy Jonathan włamał się nocą do warsztatu konserwatora. W trakcie grania równoległego znowu nie mogłam znaleźć włącznika w ciemnościach, ale nawet nie próbowałam szukać, tylko od razu przeskoczyłam z peceta na tablet, a tam problem się szybko rozwiązał. Trochę tak, jakbym zajrzała do solucji.

Do poprawek nie budzących kontrowersji zaliczam natomiast przeprojektowanie zagadki z herbem. Wykorzystując opis z dość enigmatycznego poematu oraz dostępne w bibliotece dzieła z heraldyki, należało tam odpowiednio dobrać kształt tarczy, kolory pól, trzymacze, labry itp., by odtworzyć herb rodu Boldogi. Tej dość skomplikowanej łamigłówce z pewnością wyszło na dobre uporządkowanie jej elementów w estetyczną całość. Przy okazji dorzucono możliwość pominięcia zagadki, czego już wolę nie komentować.

Generalnie, udoskonalono dostęp do wszelkich listów i dokumentów, których jest tu sporo, a bywają kluczem do posunięcia akcji. W pierwotnej wersji angielskie tłumaczenie było słabo widoczne na tle węgierskiego oryginału, a na tablecie czyta się łatwo i wygodnie.

W środowisku przygodowym Yoomurjak's Ring uznawana jest za jedną z najbardziej udanych gier typu FMV, czyli interaktywnych filmów, wykorzystujących nagrania z udziałem żywych aktorów. Z ciężkim sercem muszę uprzedzić miłośników gatunku, że YR na tablecie (lub smartfonie) podryfował od full w stronę stop motion video. Materiał filmowy skompresowano w taki sposób, że przypomina cykl zdjęć lub zrzutów ekranowych, jak w animacji poklatkowej, celowo pozbawionej płynności. Na przykład w dialogach każdej kwestii, a właściwie każdej linijce tekstu mieszczącej się na ekranie, towarzyszy jedno ujęcie twarzy postaci. W efekcie pojawia się efekt komiczny, bo węgierscy aktorzy nie szczędzili środków ekspresji, więc czasem przypomina to konkurs na najgłupszą minę czy najbardziej mizdrzącą się kobietę.

Ktoś zapyta: jak wobec tego zsynchronizowano głosy z mimiką? Otóż nie było takiej potrzeby, bo nie ma czego synchronizować. Yoomurjak's Ring na tablecie to film niemy. To znaczy jest oprawa dźwiękowa, słychać kroki Jonathana, szum rozmów na ulicach, odgłosy otoczenia, muzykę itp., ale aktorzy głosu nie mają. Ktokolwiek tak postanowił, podjął fatalną decyzję. Porozumiewamy się przecież nie tylko słowami, ale też intonacją, timbrem głosu, mową ciała. W wersji na PC było jak w kinie: wydawało się, że po prostu rozumiesz oryginalne dialogi, niedostrzegalnie dla siebie przenosząc wzrok z twarzy na tekst. Na tablecie nie da się ukryć: dialogi oznaczają czytanie i stukanie w ekran, i tak w kółko. 

Tym sposobem wracam do punktu wyjścia, docierając do przyczyny, która skłoniła mnie, by okaleczoną tabletową wersję uzupełnić głosami z peceta. Wielka szkoda, że Yoomurjak zaniemówił akurat na urządzeniu o tak potężnych możliwościach multimedialnych jak iPad, gdzie konkurencja rośnie (Her Story czy Contradiction). Czyżby zawiniły jakieś bariery techniczne? Podejrzewam, że chodziło raczej o ukłon w stronę publiczności amerykańskiej, która jak wiadomo, czuje się nieswojo, słuchając wypowiedzi w obcych językach. Zapewne Apple nie chciało narażać rodaków na dyskomfort, żeby "w kuchni ktoś przy dziecku mówił po... węgiersku".

Węgierski jest mi równie obcy jak przeciętnemu Amerykaninowi, ale przed dziewięciu laty zakochałam się w Yoomurjaku od pierwszego wejrzenia na demo w języku oryginalnym. Czy nie znając gry wcześniej, zachwyciłabym się nią dzisiaj na podstawie wersji tabletowej? Nie jestem pewna. To nadal jest rzecz godna uwagi, ale w efekcie uproszczeń, nadmiernej kondensacji, a przede wszystkim nieszczęsnego braku głosów przypomina mi trochę zupę z proszku. Daje się zjeść i może smakować, ale nie temu, kto pamięta smak i zapach domowej zupy babci lub mamy.

Zapowiadana od lat premiera Yoomurjak's Ring na iOS nastąpiła dopiero przed dwoma miesiącami i zapewne okupiona została bolesnymi kompromisami. W tym kontekście coraz bardziej intryguje, jak wypadnie Miazma or the Devil's Stone (filmik), czyli dalszy ciąg przygód Jonathana Hunta, tym razem w Debreczynie. Po ubiegłorocznej węgierskiej premierze czekamy teraz na angielską. Może również tabletową.



środa, 06 stycznia 2016

Zamiast tracić czas na lekturę zwodniczych opowieści o tym, czegóż to w grze nie ma, wystarczy wyłowić jeden krótki akapit trafiający w sedno. I wszystko jasne.


The Commonwealth of Fallout 4 is a pleasure to wander through, but since 90 percent of your interactions with other people involve shooting them in the face and searching their corpses, it can get a little lonely.

 

Oby każdy tekst, zwłaszcza adresowany do niegraczy, takie ziarnko prawdy zawierał. Najlepiej na początku.

wtorek, 08 grudnia 2015

 

Shambush w Brighton. Radosna autoekspresja i dystans do siebie w imię wspólnej zabawy. To też wcielanie się, granie kogoś (oryginał), ale po to, by powstało coś pięknego i wyzwoliło się mnóstwo dobrej energii. Tak rozumiem ludyczność. Femina ludens, homo ludens.

środa, 11 listopada 2015

 

 

Chopin w Arabii (na motywach pieśni Nie ma czego trzeba z op.74)

Maria Pomianowska i przyjaciele

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65