Gry na opak. Wirtualna turystyka.
Kategorie: Wszystkie | (Nie)gry | Felina ludens | Film | Książki | Muzyka | O blogu | Słówka
RSS

Książki

sobota, 11 lipca 2015


Popkultura to wszystkożerne monstrum, które pochłania co popadnie, przeżuwa i wypluwa coś całkiem innego. Wypluwane często bywa mniej interesujące niż to, co wchłonęła. Współczesne wcielenia Van Helsinga budzą we mnie podobne refleksje jak spotkanie obiektu westchnień sprzed lat - nie wierzę własnym oczom i pytam: co ja właściwie w nim widziałam?

Zapragnęłam przypomnieć sobie jego prawdziwą twarz. Wróciłam do tekstu Brama Stokera, ale zamiast czytać, wolałam go tym razem posłuchać. Przede wszystkim dlatego, że w wersji audio trudniej o lekturę pobieżną; nie da się słuchanej książki przekartkować, by podążać za intrygą, pomijając przydługie opisy i nudne tyrady. Trzeba się dostosować do jej tempa i wysłuchać od początku do końca, co w tym wypadku zajmuje ponad 15 godzin. W wydaniu unabridged  to powieść dość długa i dla współczesnego czytelnika nieco archaiczna, więc kusiłoby mnie pewnie pójście na skróty, a w konsekwencji przeczytanie bryku, a nie oryginału. Tego akurat chciałam uniknąć. 

Na wieść, że słucham "Draculi" w oryginale, pewien znajomy wykrzyknął: "Jak to, po rumuńsku???" Tak działają najprostsze skojarzenia, mówisz - Dracula, myślisz - Transylwania; widzisz ścieżki górskie, trudno dostępny zamek na szczycie, a w dolinie chatki z wianuszkiem czosnku w oknach itp. Romantyczne krajobrazy i egzotykę folkloru eksponują przecież najbardziej nośne wizje z filmów i gier wideo. Tymczasem w literackim pierwowzorze akcja toczy się głównie w wiktoriańskiej Anglii. Zamyka ją co prawda klamra złożona z introdukcji (pobyt Harkera w zamku Draculi) oraz kulminacji (rozprawa na przełęczy Borgo), ale większość czasu spędzamy w Londynie, Whitby i okolicach.

wg Edwarda Goreya

Nie będę ukrywać, że audiobook zwrócił moją uwagę niebagatelnym atutem, który nazywa się: Tim Curry. Nie oznacza to jednak, że Abraham van Helsing przemówił głosem Gabriela Knighta. Po pierwsze, od nagrania Sins of the Fathers minęło dwadzieścia lat, po drugie mamy do czynienia z profesjonalistą, aktorem wybitnym i niezwykle kreatywnym. W głosie "pogromcy wampirów" da się odnaleźć timbr "łowcy cieni", lecz próżno szukać modulacji lowelasa czy nowoorleańskiego akcentu. Van Helsing Tima Curry to dżentelmen w każdym calu; mówi wolno, starannie dobierając słowa. Stara się wyrażać poprawnie i precyzyjnie, ale nie zawsze mu to wychodzi, wszak jest cudzoziemcem, przybyszem z Amsterdamu. Jego twardy akcent Anglicy odbierają jako niemiecki, i tej interpretacji postanowił się trzymać aktor, czym najwyraźniej zaimponował reżyserowi.  

Szkoda, że choć Van Helsing pozostaje w centrum uwagi jako główny bohater powieści, Tim Curry nie odzywa się za często. Wynika to jednak z konstrukcji utworu, bo "Dracula" to powieść epistolarna, złożona z listów, pamiętników, zapisków i notek prasowych. Narratorów jest wielu, a najczęściej wydarzenia relacjonują dr Seward, Jonathan Harker oraz Mina, więc najwięcej tekstu do przeczytania mają aktorzy podkładający ich głosy. Często przychodzi im opisywać zachowanie Van Helsinga, cytować jego kwestie, a nawet przytaczać rozbudowane wypowiedzi, niekiedy naśladując jego intonację i akcent. Nawet jeśli wypada to całkiem znośnie (szczególnie Katy Kellgren w roli Miny), to jednak wolałabym posłuchać Tima, bo on jeden oddaje osobistą charyzmę postaci. Tak się jednak składa, że Van Helsing mniej pisał, więcej działał.

foto: kakobrutus


Nie zmienia to faktu, że najsilniejszego zauroczenia lekturą doświadczyłam w początkowych rozdziałach, nawet jeszcze przed wkroczeniem profesora do akcji. Delektowałam się ucieczką z rzeczywistości, w której powszechnie wiadomo, że Van Helsing "pogromcą wampirów był" ("z zamiłowania" - twierdzi Wikipedia), do świata, gdzie nikt o tym nie wie, a sam zainteresowany zdziwiłby się taką definicją. Przybywa wszak do Anglii jako autorytet i erudyta, człowiek ogromnej wiedzy i specjalista od trudnych do zdiagnozowania schorzeń (niczym dr House), poproszony o konsultację medyczną przez dra Sewarda - byłego studenta, któremu winien był przysługę. Nie oczekuje się od Holendra krucjaty przeciw wampirom, bo mało kto o nich słyszał. Widać nikt nie czytał jeszcze bestsellera Brama Stokera...

W pierwszej połowie powieści słowo "vampire" występuje zaledwie dwukrotnie, raczej jako ciekawostka, w odniesieniu do gatunku nietoperzy. Dopiero od 52% lektury (jak precyzuje czytnik) słowo to zaczyna się pojawiać w kontekście wyczekiwanym przez miłośników horroru. Siłą pierwowzoru literackiego jest właśnie zawieszenie, odsunięcie w czasie i nienazywanie tego, co późniejsze adaptacje wydobędą na plan pierwszy. Odczucie suspensu potęgowane jest nieświadomością uczestników zdarzeń, co stawia współczesnego czytelnika w roli wszechwiedzącego: tylko on odczytuje znaki, których postaci ze świata przedstawionego nie potrafią zrozumieć. 

Anthony Hopkins wg erebus-odora

Początkowo narratorzy opisują zdarzenia, nie dostrzegając ich wagi i grozy albo nie dowierzając samym sobie. Co się nie da wytłumaczyć racjonalnie, musi być przywidzeniem, marzeniem sennym lub majaczeniem chorego. "Dracula" udaje, że się waha, czy ma być powieścią gotycką, czy tylko obyczajową, w której tajemniczy statek płynie sobie na północ, dr Seward pisze raporty o stanie zdrowia dziwnego pacjenta, a korespondencję panien Miny Murray i Lucy Westenra wypełniają sercowe rozterki. Nawet dużo później, gdy Mina odnajduje nocą lunatykującą Lucy, otula jej ramiona szalem, który spina agrafką. Nazajutrz będzie sobie wyrzucać, że chyba jej nie dopięła, gdy ujrzy na szyi przyjaciółki dwa krwawe ślady. 

Van Helsing nie od razu orientuje się w sytuacji, ale jest Tym Który Wie Więcej. Podejrzewa, ale ma wątpliwości, wraca do Amsterdamu, szuka informacji, waha się, konsultuje. Gdy się już upewni, z czym ma do czynienia, z żelazną konsekwencją będzie się trzymał obranej drogi. Nie rozumiem, skąd bierze się jego wizerunek jako człowieka szalonego, nieobliczanego. Skoro zawieszamy niewiarę w istnienie wampirów, musimy też uwierzyć w ochronne działanie czosnku i cudowną moc osikowego drewna. W tym kontekście antywampiryczne procedury podjęte przez profesora są logiczne, słuszne i skuteczne. Może jedynie leczenie transfuzją wydaje się nieco ryzykowne, zwłaszcza że doktor przetacza biednej Lucy krew kolejno czterech osób, i co najdziwniejsze, z pozytywnym skutkiem. Cóż, w 1897 roku wyniki badań nad grupami krwi nie wyszły jeszcze poza drzwi laboratoriów. 

 

Peter Cushing wg wjh3

Nie wiadomo dokładnie, ile ma lat, ale zwykle przedstawia się Van Helsinga jako człowieka co najmniej w sile wieku. Uzasadnione to jest o tyle, że z jego dorobkiem naukowym i doświadczeniem życiowym musi być starszy od pozostałych bohaterów pierwszego planu. Starszy, ale niekoniecznie stary, nawet jeśli czasem zwraca się do kogoś per my child. Trzeba pamiętać, że sześcioro protagonistów (Harkerowie, Lucy oraz jej trzech adoratorów) to ledwie dwudziestoparolatki. W tym towarzystwie także mężczyzna przed czterdziestką byłby postrzegany jako nestor, tym bardziej gdy tak wyraźnie reprezentuje archetyp Ojca - przewyższa doświadczeniem, imponuje wiedzą, uświadamia, wskazuje drogę, daje poczucie bezpieczeństwa i rozwiązuje problemy. To główny Agens, najważniejszy czynnik sprawczy wśród ludzi.

Podczas gdy niektóre filmy (a i gry również) rozwijają motyw erotycznej fascynacji wampira Wilhelminą Harker, w oryginale to właśnie profesor darzy "Madam Minę" wyjątkową atencją i często wylewnie, choć tylko werbalnie okazuje swoje dla niej uwielbienie. Podziwia jej "męski" umysł (ha, to dopiero komplement!), zachwyca go siła charakteru i nieprzeciętna odwaga. Jeśli to miłość, pozostaje romantycznie niespełniona, choroba psychiczna żony nie zwalnia go przecież z małżeńskiej przysięgi. Jest człowiekiem na wskroś prawym i szlachetnym, więc podtekst erotyczny, o ile istnieje, pozostaje głęboko ukryty. Co nie uchroniło poczciwca i przed taką interpretacją, wedle której ma być uosobieniem gniewu mężczyzn na emancypację kobiet wyzwolonych seksualnie dzięki wampirom, a używany przez niego osinowy kołek - mściwym fallusem.

Dracula [Audible Edition] | [Bram Stoker]

Szukałam twarzy, a znalazłam głos. Już wiem, a może przypomniałam sobie, czym Abraham Van Helsing mnie intryguje i pociąga. Nie jest ani zramolałym gryzipiórkiem ani nurzającym się we krwi okrutnym watażką. Ta postać to uosobienie Intelektu i Wiedzy, a zarazem Otwartego Umysłu. Mimo rozlicznych tytułów naukowych, nie zamyka się w pułapce "szkiełka i oka", w swej mądrości nie odrzuca metafizyki. W obliczu niewytłumaczalnego i nieznanego - podejmuje wyzwanie. Tym samym staje się nie tylko imiennikiem i porte-parole autora, ale też głosem epoki, która zwątpiła w oświeceniowy racjonalizm i zrozumiała, jak "wiele jest rzeczy na niebie i ziemi, o których się filozofom nie śniło".

PS. Ponad sto lat później naukowe periodyki informują o testach klinicznych polegających na podawaniu osocza krwi młodych ochotników pacjentom z chorobą Alzheimera. Laboratoryjne badania na myszach wykazały, że młoda krew poprawia pracę mózgu i mięśni, opóźniając proces starzenia. 

 

sobota, 13 października 2012

Hej, gracze. Nie tylko wy macie "humble bundle". Pozazdrościli wam czytacze i już mają swoją wersję. A było to tak:

There once was an author named Cory
who wanted to bundle a story.
Joined by Neil, John, Mercedes
among other gents and ladies
we present... 

 

Cory Doctorow wystąpił tu w roli pośrednika między światami grających i czytających, miłośników słowa i nowinek technologicznych. Zapewne nieprzypadkowo pierwsza Humble eBook Bundle zawiera głównie science fiction, fantasy, trochę komiksu, odrobinę horroru, a więc to, co graczy pociąga w literaturze najbardziej. Nawet jeśli następne będą utrzymane w podobnych klimatach, to może z czasem pojawią się inne tego typu inicjatywy, adresowane do czytelników o nieco odmiennych upodobaniach. Zresztą równolegle można jeszcze skorzystać z drugiej odsłony Story Bundle, zawierającej kryminały i thrillery.

Autorzy nie są debiutantami, a oferowane tytuły - poza "Pirate Cinema" Doctorowa - do nowości nie należą. Zarówno "Magia dla początkujących" Kelly Link, "Old Man's War" Scalziego, jak i opowiadania Bacigalupiego ukazały się przed paru laty, także w polskim tłumaczeniu. "Zoo City" widziałam niedawno wśród książkowych premier.

Miło patrzeć, jak zwalczając przeciwnika jego własną bronią, książki próbują odzyskiwać utracone pozycje. Pierwsze starcie z wirtualną rozrywką przegrały sromotnie, bo rozpowszechnienie wszelakiej maszynerii grającej z pewnością przyczyniło się do spadku czytelnictwa. Teraz wracają w postaci elektronicznej, a więc z jednej strony niewątpliwie zubożone, z drugiej - sprowadzone do swojej istoty, czyli tekstu. Może to jednak nie do końca prawda z tą kulturą obrazkową?

 

czwartek, 20 września 2012

Aniśmy się obejrzeli, a książki z graczami w roli głównej stają się codziennością. Mam nadzieję, że po raz ostatni sięgnęłam po powieść tylko ze względu na jej związek z rzeczywistością wirtualną, a dobrnęłam do końca jedynie w celu napisania niniejszej notki. W przyszłości trzeba będzie dobierać lektury bardziej selektywnie; może sięgać tylko po książki o miłośnikach przygodówek albo strategii?...

Jednak rzecz nie w tym, że Henrik HP Pettersson grywa głównie w Counter Strike'a i World of Warcraft. Żadna z nich nie jest przecież tytułową Geim; chodzi tu bowiem o grę z pogranicza rzeczywistości alternatywnej, skrojoną specjalnie dla bohatera. Zaprosi go do niej znaleziona nie całkiem przypadkowo komórka, a on, jak się łatwo domyślić, będzie ochoczo wypełniał kolejne misje, bo "to tylko gra" - dostarczająca adrenaliny i zapewniająca wysoką oglądalność na YouTube. 

Za często zaglądam do internetu, by głupota, bezrefleksyjność i kompleks Herostratesa mogły mnie jeszcze dziwić lub w jakikolwiek sposób fascynować. Wątpię, by literacki debiut Andersa de la Motte otworzył komuś oczy lub uświadomił cokolwiek. Obawiam się raczej, że wkrótce znajdą się niebezpieczni dla społeczeństwa idioci skłonni naśladować przedstawione w powieści pomysły.

Sprawa jest prosta, więc nie będę się silić na recenzję. Dla mnie to lektura niepotrzebna; niczego nowego się nie dowiedziałam, niczego ważnego nie przeżyłam, nikogo ciekawego nie poznałam. Wręcz przeciwnie; traciłam czas na marnego typka, jakich w życiu omijam z daleka i w żaden sposób obcować z nimi sobie nie życzę. Po co w takim razie o nich czytać, oglądać w filmie albo "wcielać się" w grach?

PS. Czytnik wyliczył mi, że przysłówek zaje...cie oraz pokrewne przymiotniki wystąpiły w tekście tylko 27 razy. Odniosłam wrażenie, że było ich więcej. Nie przeczę, to słówko działa na mnie jak płachta na byka.

niedziela, 25 marca 2012

Ostatnio spędziłam trochę czasu w towarzystwie graczy oraz ludzi związanych z branżą gier. Pozwolę sobie niektórych tutaj przedstawić.  

Tytus Grójecki z Warszawy uwielbia horror w każdej postaci. Przeczytał wszystkie książki Stephena Kinga, a na pierwszą randkę (nic dziwnego, że nieudaną) wybrał film [Rec]. Jest miłośnikiem cyklu Silent Hill, a poza tym, jak to gimnazjalista, grywa w Call of Duty, Splinter Cell i różne takie. Początkowo wcale nie uśmiechała mu się perspektywa spędzenia wakacji u dziadków na wsi, ale wkrótce okaże się, że w pobliskim lesie przyjdzie mu ratować świat w odwiecznej walce Mocy z Ciemnością. Nawet nie włączy w tym celu komputera, a mnie i tak towarzyszyć będzie wrażenie, że czytam opis przejścia jakiejś gry.  
Jakub Żulczyk: Zmorojewo, (aktualne do 27.III) 

W Shenzhen, gdzie mieszka Matthew, granie to nie rozrywka, lecz praca. Trudno znaleźć Chińczyka grającego dla zabawy. Większość stanowią tzw. "farmerzy złota". Pod okiem nadzorców poszukują w grach on-line wirtualnych skarbów i cennych artefaktów, które inni kupują za grube i całkiem realne pieniądze. Z kolei Wei-Dong z Orange County pochodzi z dobrze sytuowanej amerykańskiej rodziny, a zabija potwory w Svartalfaheim Warriors dla czystej przyjemności. By robić to wspólnie z grupą chińskich przyjaciół, nauczył się ich języka, a ze względu na różne strefy czasowe wymyka się ze szkoły i zarywa noce. Do czasu.
Cory Doctorow: For the Win 

Paul Reynolds z Doliny Krzemowej jest przede wszystkim autorem komiksów, ale projektuje również gry. Przed paru laty założył wraz z kolegami nieźle prosperujące studio deweloperskie. Powstaje tam nowa gra MMO według jego pomysłu, którą magazyn PC Gamer zapowiada jako sensację roku. Jednak współpraca w zespole od dawna się nie układała, aż w końcu koledzy postanowili się z Paulem pożegnać. Poznajemy go, gdy topi smutki w barze, zdając sobie sprawę, że nazajutrz biznesowi partnerzy przegłosują jego odejście z firmy, a on nic na to nie poradzi. Jest przegrany.
Rick Dakan: Geek Mafia 

 

FTW Doctorowa zasługuje na więcej uwagi, ale znalazła się tutaj jako jedna z powieści mogących zainteresować komputerowych maniaków. Ich autorzy również grają, o grach piszą (Doctorow) lub je tworzą (opisany wyżej epizod wydarzył się w życiu Dakana). A jak na tym tle wypadają postaci kobiece? 

Na wakacjach w Głuszycach Tytus spotka Ankę. Dziewczyna spodoba mu się, ale przede wszystkim zaimponuje niezależnością i zaradnością. Gdy dojdzie do starcia z miejscową chuliganerią, Tytus będzie bezradny jak typowy wątły nerd, a jego napakowany kuzyn okaże się nieskuteczny. Tylko Anka zachowa zimną krew i uratuje z opresji ich obu. Później, w momencie najcięższej próby, Tytus uzna ją za najdzielniejszą ze wszystkich.

W powieści Doctorowa równolegle prowadzone są wątki kilkorga głównych bohaterów. Jest wśród nich Mala - bystra czternastolatka ze slumsów Bombaju. Odkąd odkryli ją łowcy talentów, dzięki graniu utrzymuje własną rodzinę, ale zapewnia też zatrudnienie i przyzwoity byt całej drużynie. Mówią o niej General Robotwallah, bo jako mistrzyni rozgrywki taktycznej w Zombie Mecha zawsze prowadzi swą armię do zwycięstwa. Gdy pewnego razu trafi na silniejszego przeciwnika, okaże się nim tajemnicza Big Sister Nor, przywódczyni... ale to już byłby spoiler.  

Paul pewnie odszedłby z firmy bez słowa, zadowalając się dwumiesięczną odprawą, gdyby w barze nie poznał Chloe. Spotkana przypadkowo kobieta oferuje mu pomoc, ot tak, dla zabawy. Wraz z zaprzyjaźnionymi hakerami oraz cyber-specami wszelkiego autoramentu w ciągu jednej nocy zbiera kompromitujące dossier na temat każdego z członków zarządu. Nazajutrz podczas spotkania w firmie Paul nie musi nic mówić; Chloe wystąpi jako jego prawniczka i przedstawi jego byłym przyjaciołom miażdżącą propozycję nie do odrzucenia.  

Powstrzymam się od komentarzy. Muszę jednak stwierdzić jedno: kompletny brak mizoginerdyzmu.

 

czwartek, 27 października 2011

Zwiastuny gier na tyle się już wyemancypowały, że bywają lepsze od promowanego produktu. Obiecują więcej treści, niż gra jest w stanie dostarczyć. Parę przykładów na potwierdzenie tej tezy dorzuciła ostatnio louvette, formułując przy okazji ciekawe wnioski. Jak wobec tego wyglądają zwiastuny literackie (book trailers)? Gatunek to dość młody i mnie akurat do szczęścia niepotrzebny (wierzę w potęgę słowa), ale skoro już istnieje, trzeba się zacząć z nim oswajać.

W większości reklamują literaturę popularną; sensację, kryminał oraz fantasy i horror, ze szczególnym uwzględnieniem szalejącej obecnie plagi opowieści wampirycznych. Czasami produkcje tego typu wydają się zapowiadać tandetne podróbki niezłych skądinąd gier komputerowych. Niestety, dużo trudniej o filmowy zwiastun literatury zawierającej pewien ładunek myślowy. A szkoda, bo akurat przymierzam się do "Rozmyślań" Marka Aureliusza, może jakiś zgrabny filmik zachęciłby mnie do zakupu? 

Filmowe zwiastuny wkraczają już do internetowych księgarni (Amazon), a na dobre zadomowiły się na YouTube, gdzie wiele wydawnictw (Penguin, Harper Collins, Simon and Schuster) ma własne kanały, na których zamieszczane są filmiki promujące literackie premiery. Polscy wydawcy próbują nadążać za modą, ale nasze rodzime spoty reklamowe bywają na razie za długie, schematyczne, nieciekawe. A warto się starać, bo od kilku lat organizowane są internetowe konkursy i przyznawane nagrody w tej kategorii. Czytelnik może sobie na przykład porównać zwiastun "Niespokojnego człowieka" Mankella w wersji Knopfa i naszego W.A.B.

Popularna odmiana gatunku to dość schematyczny teaser: okładka książki, wzmianka o tysiącach sprzedanych egzemplarzy, parę cytatów z pochlebnych recenzji, data premiery. Zdaję sobie sprawę, że w kinie lub telewizji tego typu reklamówka pozwala się tytułowi przebić i pełni funkcję informacyjną. Jednak na mnie jako odbiorcy epatowanie statystyką nie robi wrażenia, działając wręcz jak antyreklama, rażąca nachalną perswazyjnością. Natomiast z pewnością zwrócę uwagę na ciekawy pomysł, jeden a dobry, czego przykładem choćby spot reklamujący "Pod kopułą" Kinga.

 

 

 Gdy pomysłu brak, najwygodniej poprosić autora, by sam przedstawił swoje dzieło. Problem w tym, że pisarz może o nim opowiadać w nieskończoność, a trailer musi być zwięzły i sugestywny. Trzeba więc redagować i upiększać, skracać i wyrzucać, co w mniejszym lub większym stopniu udało się w przypadku Johna le Carre i Joy Fielding. Gdy nazwisko autora nie stanowi jeszcze marki, pozostaje tylko wymyślić intrygujący trailer, by ten pomógł książkę sprzedać, jak stało się z "Pokojem" Emmy Donoghue:

   

 

Co sprytniejsi zauważyli już, że najłatwiej i najtaniej zatrudnić do pracy nad zwiastunem publiczność, która aż się pali do tego. Istnieją liczne strony i blogi, gdzie ludzie zamieszczają amatorskie zwiastuny przeczytanych książek. Na YT znajdziemy mnóstwo tego typu miniaturek przygotowanych przez uczniów lub studentów na zajęcia z literatury angielskiej. Filmowy zwiastun książki jako forma literackiej wypowiedzi? A jakże! Tylko pozazdrościć polonistom, jak wiele dobrego przy okazji mogliby nauczyć, z łatwością motywując do czytania lektur młodzież wprawioną w bojach na różnych odmianach machinimy. Ten twórczy aspekt zjawiska wydaje mi się wartością, a zarazem znakiem czasów i kolejnym przejawem kultury uczestnictwa.

Skłonność czytelników do radosnej twórczości wykorzystał Paolo Coelho, proponując im udział w konkursie na zwiastun "Alefa". W efekcie powstały prace tak różnorodne i skrajne stylistycznie, że im więcej ich oglądasz, tym mniej wiesz o powieści. Pewnie taka właśnie była intencja, byśmy zapragnęli sprawdzić, o co tak naprawdę w niej chodzi. Oby się tylko nie okazało, że najciekawsza propozycja obiecuje wiele więcej, niż książka ma do zaoferowania (jak było w przypadku Dead Island - zarówno gry, jak i towarzyszącej jej książki).

 

 

 

O randze zwiastunów filmowych świadczyć może fakt, że za obowiązkową formę promocji uznali ją autorzy, którzy i bez nich się znakomicie sprzedają. Richard Dawkins promuje "Magię rzeczywistości" na dwa sposoby: papierową książkę zachwala przez trzy minuty, a reklamę wersji na iPada zamknął w jednominutowym spocie, promując nie tylko swe dzieło, ale także elektroniczny gadżet. Nie ma się co dziwić, wszak "The magic of reality" adresowana jest do pokolenia, dla którego książka to iPad, który nie działa. Zamieszczam ten drugi filmik, bo zwiastun im krótszy, tym lepszy.

 

 

 

A dziś ma premierę "You are not so smart", o której dowiedziałam się z poniższej reklamówki (uwaga na nawiązanie do popularnej gry). Jeszcze wczoraj obiecywałam sobie, że natychmiast ją kupię, a dziś już zaczynam zwlekać i odkładać... Ach, ta prokrastynacja! To dzięki niej istnieją blogi.

 

 

 

 

 
1 , 2