Gry na opak. Wirtualna turystyka.
Kategorie: Wszystkie | (Nie)gry | Felina ludens | Film | Książki | Muzyka | O blogu | Słówka
RSS

O blogu

piątek, 09 sierpnia 2013

Pewnie mało kto zauważył, że podtytuł blogu Femina Ludens w ciągu ostatniego roku kilkakrotnie się zmieniał. Chronologicznie wyglądało to tak: 

Gry oraz inne sztuki piękne
Ten pierwszy obwiązywał przez sześć lat. Bardzo go lubiłam. Trochę przekorny, z początku nawet lekko prowokacyjny, ale powstał z miłości do gier, z nadzieją nadzieją na ich lepszą przyszłość, z wiarą, że na nią zasługują. Sformułowanie nadal mi się podoba, ale już nie mogę się pod nim podpisać. Ani sztuki, ani piękne, ani dobre, jeśli mowa o wspólnym worku. A nigdy nie wiadomo, o czym konkretnie mowa.

Jest się tym, co się przeżywa
Widniał pod tytułem blogu przez kilka miesięcy. Jedyny cytat wśród moich podtytułów. Pochodzi z listu Hannah Arendt, która napisała tak w kontekście swojego doświadczenia wojny. Chyba w tej refleksji tkwi sedno mojej niezgody na gry. 

Gry na opak. Wirtualna turystyka
Jeszcze aktualny, ale już nie satysfakcjonujący. Kolejna próba zaakceptowania status quo i pogodzenia się z rzeczywistością, która się raczej nie powiedzie. Strasznie męczące to pisanie grach w opozycji do gier. 

Ani słowa o grach
Przyszłość? Ba, tylko jak to zrobić: pisać o tym, co mnie interesuje, nie używając słowa, które wszystkim oprócz graczy źle się kojarzy. Mnie również. 

niedziela, 13 marca 2011

Nie jestem Feminą Ludens. Moja ludyczność nie pasuje do koncepcji Huizingi. Według niego w trakcie zabawy wkraczamy do świata na opak, w którym zawieszone są prawa i normy, gdzie trwa karnawał, więc obżeramy się ponad miarę i tarzamy w rozpuście, co ma nas rzekomo oczyścić. Nie wierzę w takie katharsis. Nie obżeramy się dla oczyszczenia, tylko z łakomstwa. Nikt nie "wyładowuje agresji", by się jej pozbyć, ale by ją wyzwalać i celebrować.

Podobno człowiek tak ma, bo jest z natury dobry i piękny, więc musi się czasem utytłać w błocie dla zachowania równowagi. Inaczej uleciałby w niebo niczym anioły lub inne pegazy. W świetle tej teorii podejrzanie wygląda ten, komu błoto zwyczajnie cuchnie, tak samo realne, jak wirtualne. Skoro tak bardzo skłania się ku dobru i pięknu, to strach pomyśleć, jakie wewnętrzne kłębowisko żmij próbuje w ten sposób zrównoważyć. Toteż słusznie mi niedawno uświadomiono, że jestem faszystką. Tak się teraz określa niepoprawnych politycznie oszołomów, którzy dzielą gry na lepsze i gorsze, zamiast wykazać się tolerancją i zachwycać wytworami cudownego medium jak leci. Ja nie tylko rozróżniam dobre, złe, nijakie i denne, ale te ostatnie byłabym skłonna eksterminować. Faszyzm, rasizm, zło wcielone - to ja.

To by tłumaczyło, dlaczego tak mało podniecające wydaje mi się granie Złymi. Nie ekscytuje mnie myśl o "wcieleniu się w Kubę Rozpruwacza", nawet pod najmodniejszym w danym sezonie płaszczykiem - tu nastąpi magiczne słowo - konwencji. Pewnie jestem tą Pandorą, co za dobrze zna zawartość puszki, by ją otwierać. Istnieją nieprzekraczalne granice. Są prawa, które obowiązują zawsze, także w karnawale. Podobno to moje LINIE OPORU. Trafne określenie, zważywszy że im bardziej Oni (Obcy, Goście czy jak im tam) napierają, tym większa we mnie potrzeba okopania się na pozycjach i zaznaczenia odrębności. 

Podobnie było po ukazaniu się tej reklamy. Rozbawiła mnie w niej szczerość, z jaką branża gier przyznaje wprost, do kogo adresuje swój produkt: do gówniarza (nie mylić z dzieckiem) tkwiącego w odbiorcy. Jeszcze zabawniejsze okazały się reakcje grających kobiet. Niektóre koleżanki poczuły się mocno urażone seksistowską wymową filmiku. "Jak to, przecież my, matki, też gramy w Dead Space!" "Ci męscy szowiniści próbują nas czymś takim przestraszyć?! Niedoczekanie!"

Oto Femina Ludens przyszłości. Jest cool i z pewnością tu nie mieszka. Tutaj kobieta z reklamy prowadzi swój pamiętnik żuczka gnojarka. Kto nie czytał Dukaja, niech wie, że w świecie na opak gnojarek to ten, co brzmiał dumnie.

Człowiek opisuje się na liniach oporu: to jeszcze jest człowiek, a to już nie; to jeszcze człowiek może, a tego już nie; to jeszcze jest ludzkie, a to już nie; to człowieka ogranicza - więc z tym walczy, naciska, wytęża myśl i wolę.
Owe linie oporu stanowią fundamenty kultury, religii, filozofii, sztuki, języka, moralności, życia społecznego i politycznego.

 

 

sobota, 14 marca 2009

Groblog zaszczycił mnie nagrodą Kreativ Blogger, za co już dziękowałam, ale mogę uśmiechnąć się do niego raz jeszcze :-)
 
Co do samego zjawiska, to jak by nie patrzeć, jest to łańcuszek szczęścia, bo teraz powinnam nominować kolejnych siedmiu kreatywnych blogerów. Jak już pisałam w komentarzu, za mało orientuję się w blogosferze, by nominować, choć nawet dziś próbowałam kogoś znaleźć.

Kreatywny jest dla mnie ktoś, kto nie kopiuje schematów, tylko tworzy coś nowego i oryginalnego. Kiedyś wpadły mi w oko tego typu blogi o modzie. Nie, na pewno nie takie, gdzie wkleja się zdjęcia z pokazów czy żurnali. Chodzi mi o dziewczyny (np. morven, vintage girl) potrafiące siebie samą ciekawie zaaranżować i wystylizować, z byle ciucha stworzyć kreację niepodobną do innych.

No i co? Gdzie nie wejdę (blogi modowe, literackie, kulinarne czy podróżnicze), tam różowo - wszędzie celebruje się nagrodę Kreativ Blogger! Łańcuszek szczęścia się zapętlił. Niektórzy są nominowani któryś raz z rzędu, ale wciąż wytrwale nominują dalej - trwa szał nominacji!

Obawiam się, że to nie koniec. Nawet jeśli nastąpi nasycenie tą konkretną nagrodą, przyjdzie moda na inne. Znalazłam pewien blog udekorowany następującymi odznaczeniami:
Kreativ Blogger
Positiv Blogging
Uber Amazing Blog
Blogging Friends Forever
Brillante Weblog
I love your blog
Blogger Heart

Skąd się biorą takie inicjatywy? Przecież od tego jest blog-roll, by polecać tych, których cenimy i czytamy. No ale u prawdziwych blogerów zakładki liczą kilkaset pozycji, przez co stają się całkowicie nieczytelne. To zasada wzajemnego linkowania sprowadziła je do absurdu. Skoro wszyscy linkują do wszystkich, to aby wyróżnić tych, których naprawdę cenimy, potrzebne są dodatkowe nagrody. A przede wszystkim każdy pretekst jest dobry, by jeszcze więcej LINKOWAĆ i KLIKAĆ. Bo tak naprawdę nie chodzi tu o kreatywność, tylko o popularność, a ta szczęśliwie nie stanowi dla mnie wartości.

Za moich szkolnych lat przerwałam wiele łańcuszków szczęścia - listowych i pocztówkowych, bo internet wówczas nie istniał - choć groziły za to wszelkie możliwe nieszczęścia i plagi. Tym razem dokładnie wiem, co tracę: siedem linków zwrotnych. Za to być może uzyskam kolejną nominację: Antyblogera Roku albo Czarnej Owcy Bloxa.

Trzeba jednak przyznać, że logo Kreativ Blogger wygląda jakby specjalnie zaprojektowane dla Feminy Ludens. 

kreativ blogger

 

czwartek, 09 października 2008

W trzecim roku niemrawej działalności wypadałoby się wreszcie wytłumaczyć z tego chimerycznego pisania. Zaczęłam z ciekawości, aby wypróbować nową formę wypowiedzi, potrenować wstawianie obrazków, filmików itp. Przez pierwsze miesiące blog był ukryty, ale dla doświadczenia pełni eksperymentu niezbędny okazał się coming out. Potem nastąpił krótki okres fascynacji mapkami i wykresami z Google Analytics.
Już wiem, że blogowanie wciąga, a życie pozakomputerowe ucieka. Rasowym blogerem nie jestem i chyba nie chcę być, mogę najwyżej od czasu do czasu nim bywać. Pewnie powinnam pisać do wirtualnej szuflady i zamknąć blog dla publiczności, ale - z całym szacunkiem dla garstki stałych Czytelników - nie bardzo jest przed kim zamykać, więc na razie nie widzę takiej potrzeby. Nie będę też kasować dotychczasowej chaotycznej zawartości, choć zaledwie z kilku notek jestem zadowolona (np. Tykotek, Big Enchilada), a tylko jedną (Wielka gra małego Bena) uważam za istotną.
Zdaję sobie sprawę, że jak na moje możliwości czasowe, profil blogu jest zbyt szeroki. Czytać, słuchać, oglądać, czasem zagrać - to dla mnie na pewno ważniejsze niż napisać o tym w internetowym pamiętniku. A jednak tu wracam...
Wspomniany wcześniej wywiad Davida Cage'a przypomniał mi, że początkowo blog miał się nazywać "Gry dla dorosłych", ale zrezygnowałam z tego tytułu ze względu na jego chwytliwą dwuznaczność, bo ostatnie, czego bym sobie życzyła, to wizyty tysięcy przypadkowych przechodniów. Wolałabym gościć bliskich mi duchem niszowców, którzy rozumieliby ten tytuł podobnie jak ja:

Oczywiście o dorosłości wcale nie świadczy znaleziona na pudełku pieczątka z dużym M (Mature) i uzasadnieniem: Blood! Language! Strong Sexual Content! Violence! To tylko ostrzeżenie, że gra może zawierać treści nieodpowiednie dla dzieci lub osób wrażliwych.

Gry dorosłe, jak ja to rozumiem, są zaprzeczeniem bezmyślnej i pustej rozrywki. Każą zastanowić się nie tylko nad zawartymi w nich problemami do rozwiązania (w przygodówkach nazywamy je zagadkami), ale także zmuszają do stawiania sobie pytań inspirowanych poruszaną tematyką, wykraczającą poza standardowe "ratowanie świata". Pod wpływem takiej gry, podobnie jak dobrej książki czy filmu, otwierają się w mojej głowie rozliczne szufladki z napisami: Polityka, Filozofia, Literatura, Nauki ścisłe itd., a fiszki furkocząc przelatują z jednej do drugiej. [źródło]

Przekonać niedowiarków, że takie gry istnieją - to byłaby moja misja, gdybym chciała nadać tym zapiskom wyższy sens.