Gry na opak. Wirtualna turystyka.
Kategorie: Wszystkie | (Nie)gry | Felina ludens | Film | Książki | Muzyka | O blogu | Słówka
RSS
niedziela, 30 kwietnia 2017

 



Los tak chciał. Mogłam być osłem albo paprocią, ale los zdecydował, że na początku będę piżmowołem. Dobrze wybrał, ponieważ dzięki temu poznałam nowe słówko, i to w dwóch językach. Lubię wiedzieć, więc musiałam sprawdzić, czy w ogóle istnieje takie zwierzę: muskox. Gdy pojawiła się możliwość dołączania, zebrało się nas więcej i zaczęliśmy wspólnie biegać i śpiewać. Tu każdy śpiewa. Kiedy byłam Toczącymi się Kamieniami, też często śpiewaliśmy.

Raz zaczepił mnie jakiś robak i zapytał, czy nie marzyło mi się nigdy, żeby zostać karaluchem. Normalnie bym się wzdrygnęła z odrazą, ale na pustyni nie ma wielkiego wyboru, więc czemu nie. W trakcie metamorfoz trzeba tylko uważać, by precyzyjnie wskazać obiekt docelowy. Mnie się ręka lekko omsknęła i niechcący zostałam mrówką. Może to i lepiej. Kiedyśmy dreptały po pustyni, ktoś - jakiś skorpion czy może porost - opowiedział nam o tańcu. Pierwszy raz robiłam TO z mrówkami, ale spodobało mi się tak bardzo, że zamierzam tańczyć ze wszystkimi, bo podobno każdy gatunek robi TO inaczej.



Kiedyś spotkało mnie coś niezrozumiałego. Nagle znalazłam się zupełnie gdzie indziej i nabrałam dziwnych, trudnych do zdefiniowania kształtów. Ze zdumieniem przeczytałam: jesteś Zdeformowaną Ruiną. Że co??? Ja sobie wypraszam. Wolałam nie przyłączać się do innych ruin. Gdy tylko napatoczył się znajomy kształt, uznałam, że jednak wolę być staromodnym Patefonem. Co to się działo, gdy zaczęły do mnie dołączać instrumenty muzyczne! Niezły koncert daliśmy. Niby śpiewać każdy może, ale co fachowcy, to fachowcy.

Hej, czy to przypadkiem nie mózg tam dryfuje? Nauczyłam się już, że aby sprawdzić, czym coś jest naprawdę, trzeba po prostu się w to wcielić. Wtedy dopiero wiesz na pewno. No i się dowiedziałam: you are Broken Brain. Nie rozumiałam tylko, co ze mną nie tak, w jakim sensie jestem broken. Gdy przemknęła w pobliżu Ręka, wpadłam na pomysł, żeby poszukać innych zapasowych części i skompletować z nich całość. Nic z tego, części ciała nie chciały się do mózgu przyłączać, za to lgnęło do mnie wszystko, co skrzywione, wypaczone, zwichrowane, w tym... wszelkie ruiny.



Dawno nie miałam równie inspirujących przygód. Mam tylko nadzieję, że nikt tego nie czyta, żeby nie stracił efektu zaskoczenia. Przeczuwałam, że to będzie coś dla mnie, ale nie oczekiwałam świetnej zabawy, tylko czegoś bardziej statycznego i kontemplacyjnego. Szczególnie gdy czytałam, że to taka trochę większa Mountain albo że wystarczy sobie obejrzeć na YT. Kto plecie podobne bzdury, nie ma pojęcia o potędze interaktywności. Żadne filmy ani obrazki nie zastąpią własnego doświadczenia.

Weźmy na przykład mentalne ćwiczenia ze zmiany perspektywy. Sama często mówię, że warto spojrzeć na sprawy z innego punktu widzenia albo postawić się na czyimś miejscu, bo każdy ma swoje racje. Tłumaczę to innym lub sobie, zwykle z kiepskim skutkiem. Teoretycznie wiadomo, że ten sam las wygląda inaczej z perspektywy pełzającej gąsienicy i szumiącego dębu, ale co innego, gdy można się o tym przekonać samemu, choćby tylko wirtualnie. Niezwykle pouczające doświadczenie.



Znajduję tutaj wyjątkowe połączenie dziecięcej, może nawet głupawej radości z byle czego (choćby z bycia stadem śpiewających piżmowołów) z inspiracją do przemyśleń nad kwestiami podstawowymi i uniwersalnymi. Czasem sama na coś wpadnę, kiedy indziej podpowiadają mi ci, których tu spotykam, choć nie zawsze dzielą się złotymi myślami, zdarza im się też prawić banały. Jakby nie dość inspiracji, to zbieram też rozrzucone po chaszczach fragmenty kursu filozofii Alana Wattsa. Radosna eksploracja przeplatana lekką stymulacją intelektualną to zupełnie nowa jakość. Dla mnie rewelacja.

Coraz bardziej doceniam afabularność, bo opowiadanie historii wydaje mi się mocno przereklamowane. Jeśli mam śledzić mało satysfakcjonującą fabułę, to już wolę, żeby jej wcale nie było. A tu nie tylko nikt mi nie narzuca swojej historii, ale wręcz przeciwnie, daje mi wolność do tworzenia własnych. Niemal na każdym kroku przydarza mi się coś, co stanowi materiał na opowiadanie czy powiastkę filozoficzną.



Piękne, zabawne, inteligentne, kojące - chyba odkryłam nowy kierunek wirtualnej emigracji. To prawdziwa kraina czarów: mogę stać się kimś innym, zwiększać i zmniejszać, dziwić, bawić i co chwilę wskakiwać do nowej króliczej nory. No i miło pomyśleć, że tym, od których emigruję, na pewno by się tu nie spodobało.

Jest coraz dziwniej i dziwniej. Po kilku godzinach nieskrępowanej zabawy, gdy zaczynałam się zastanawiać, na jak długo Davidowi O'Reilly starczy pomysłów, nadeszły gratulacje z racji... ukończenia samouczka (?!). Nawet nie zauważyłam, że był jakiś, a tu raptem pojawia się napis: Welcome to Everything. Czyli dopiero teraz się zacznie?



czwartek, 27 kwietnia 2017


Pustka i nuda, plus trochę frustracji - tyle mi zostanie. Taka była moja odpowiedź na tytułowe pytanie (What remains of Edith Finch) na początku znajomości z Edytą. Teraz rozumiem, że odczucie pustki wynikało po części z nadmiernie rozbudzonych oczekiwań, a frustrację wywołały dwa momenty, w których kontroler zawodził i trzeba się było posiłkować klawiaturą. Zanim po nią sięgnęłam, przez długi czas bezskutecznie próbowałam się rozhuśtać (patrz: trailer poniżej), co w swej groteskowości było może zabawne, ale uniemożliwiło jakiekolwiek zaangażowanie w historię Calvina.

Jako deska ratunkowa w awaryjnej sytuacji ta metoda okazała się skuteczna, ale trudno mi sobie wyobrazić komfortową eksplorację z rękoma zajętymi myszą i klawiaturą. Z pewnością nie takie było zamierzenie autorów. Podejrzewam nawet, że cała historia rodu Finchów powstała głównie jako pretekst do wykazania przydatności kontrolera (a zwłaszcza pewnej konsoli) w eksploracji trójwymiarowej rzeczywistości. Raczej nie sądzę, by u zarania losów Edyty leżał zalążek fabuły lub jakieś przesłanie, które jej stwórcy pragnęliby przekazać światu. 

 

Wyobrażam sobie raczej, że na początku jakiś szef polecił pracownikom przygotowanie etiud uwzględniających różne zastosowania wspomnianego gadżetu. - Tylko żeby to nie były swobodne wałęsanki bez celu, macie zaimplementować mechanikę dyscyplinującą spacerowiczów i wymuszającą użycie kontrolera w określony sposób. Temat? Powiedzmy... śmierć, umieranie, ale nie sztampowo, tylko dziwacznie i niepokojąco, coś w stylu weird fiction. - Później, gdy trzeba było powstałe w ten sposób igraszki ze śmiercią połączyć w całość, pojawił się koncept niesamowitego dworu, pełnego ukrytych pomieszczeń i zakamarków, zamieszkiwanych przez członków ekscentrycznej rodziny. Rola kustosza w tym muzeum osobliwości przypadła powracającej po latach do siedziby rodu dziedziczce. Tak narodziła się Edyta.

Koniecznie trzeba zwrócić uwagę na imię. Edyta jest bowiem Edytą. To nie Estera ani Etan, ani tym bardziej Everybody. Wolę wierzyć, że filuternie mruży oko, gdy oglądam scenę jak z Dear Esther albo ujęcie niczym z Ethana Cartera. Przecież nie każda  powracająca do domu po latach dziewczyna musi być bohaterką Gone Home, no chyba że w bardzo przewrotnym wydaniu. Darujmy sobie krępujące dla Edyty porównania z Everybody's Gone to the Rapture; łączy je raczej powierzchowna zbieżność tematyki. Tak się składa, że wszyscy przedstawiciele rodu Finchów umierają, ale zwykle śmierć następuje przypadkiem albo w niewyjaśnionych okolicznościach, więc bez zbędnych dywagacji zrzucamy odpowiedzialność na rzekomą klątwę. Tak jest bardziej tajemniczo, ale niewiele z tego wynika.

Oczywiście rozumiem, że z historii Molly czy Barbary wcale nie musi nic wynikać, mają po prostu być na swój sposób zabawne. Skontrastowanie dziecięcego głosu narratorki z obrzydliwościami w treści przedstawianej fantasmagorii ma wywołać upiorny efekt komiczny, i być może wywołuje. Z kolei opowieść Barbary da się odczytać jako pastisz pulp fiction, co pewnie docenią zwolennicy komiksowej estetyki. Rzecz gustu. Ja się na tym etapie bardziej nudziłam niż bawiłam, choć to właśnie wypatrzone w zwiastunie akcenty surrealistyczne sprawiły, że rzuciłam się na Edytę równie łapczywie jak... drapieżne wcielenie jednej z postaci na swoje ofiary.

Ciekawie zaczyna się dziać w historii Sama, czyli epizodzie na polowaniu, bo to pierwsza miniaturka "o czymś";  z tematem, problemem, angażująca emocjonalnie. Wykorzystanie podobieństwa pstrykania fotek i mierzenia do celu nie jest może odkrywcze, ale w tym wypadku spełnia swoją rolę. Natomiast "efekt awe" albo wbicia w fotel wywołuje niewątpliwie Lewistopia. Dla tego fragmentu warto się pomęczyć i przecierpieć słabizny. Nie chodzi tylko o zbieżność z tematyką eskapistycznych uzależnień, którą lekko musnęłam ledwie parę dni temu. W wątku Lewisa wyraźnie widać, jak mechanika genialnie współgra z treścią.

Zapewne tekst opowiadania o Lewisie obroniłby się jako mała forma literacka i wyjęty z kontekstu samodzielnie mógł osiągnąć zamierzony efekt - wszak słowo jest potęgą. Mechanika i wizualia pełnią rolę wspomagającą, bo nie potrafią zastąpić tekstu, jedynie mu towarzyszą. W tym sensie nie ma co się sprzeczać z Bogostem, który dopatruje się tu porażki medium i oddania literaturze palmy pierwszeństwa w prowadzeniu narracji. Ma rację o tyle, że Edyta bez tekstu nie istnieje, nie potrafi mówić własnym językiem. To tekst jest osią narracji, nawet w sensie dosłownym, gdy zaliczamy demonstracyjnie rozpięte banery z odkrywaną fabułą albo bawimy się literami, podobnie jak u Simogo w Device 6. W odróżnieniu od kontrowersyjnego krytyka doceniam jednak każdą udaną próbę stworzenia odrębnego języka, a zastosowana w wątku Lewisa mechanika wyraża skrótowo to samo, co towarzyszące jej słowa. Staje się więc metaforą, trochę jak poezja. To jeszcze nie jest system językowy, tylko gaworzenie, ale skutecznie wzmacnia efekt. 



 

Mimo chropawych początków, Edyta sporo zyskuje przy bliższym poznaniu. Jak to z eklektycznymi składankami bywa, ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale w sumie to ciekawa antologia narracyjnych eksperymentów, spięta klamrą wzruszającej pointy. Na etapie czytania listy płac (wyjątkowo sympatycznej zresztą) okazało się, że odpowiedzią na tytułowe pytanie są... łzy. Tyle mi zostało po Edycie.



niedziela, 23 kwietnia 2017

 

Tu, w Stardew Valley, jesteśmy odcięci od reszty świata. Może to i dobrze - zauważył Demetrius, odkładając gazetę.

 



Cudowna, godna pozazdroszczenia izolacja. To ona nas przyciąga i sprawia, że wracamy. Stałych mieszkańców przywiodły tutaj różne motywacje: Demetriusa urzekło bogactwo flory i fauny, artyści szukali w przyrodzie twórczej inspiracji, ktoś pragnął spokoju po traumatycznych przejściach, inni chcieli po prostu żyć po swojemu, blisko natury, z dala od zgiełku i wyścigu szczurów. A my, przelotne ptaki, uciekamy ze świata populizmu, postprawdy, propagandy czy innych plag na tę samą literę. My zdies' emigranty - zdegustowani, wyalienowani, bezdomni eskapiści.

Ostatnie, czego nam trzeba, to kolejna dawka "triple A": akcji, agresji, adrenaliny. Wręcz przeciwnie, pragniemy ukojenia i spokoju, tęsknimy za utraconym ładem i harmonią. A tuż za bramą Pelican Town, przy pierwszych dźwiękach powitalnej melodii, opadają złe emocje, wszystko wraca na swoje miejsce i znowu jest normalnie. Raz nawet złapałam się na tym, że zasiadając do komputera po pracowitym dniu wypełniania obowiązków, pomyślałam sobie: a teraz zajmę się czymś pożytecznym. Będę siać, podlewać i patrzeć, jak rośnie, tudzież doić krowy i strzyc owce. 



Za ten brak wyrzutów sumienia (że strata czasu, że to niepoważne...) odpowiedzialne są pewnie jakieś atawizmy (że matka-ziemia, że matka-natura, że inwentarz...). Bogumił Niechcic by zrozumiał: pracuję na roli ergo nie tracę czasu. Trochę to jednak niebezpieczne, zwłaszcza że Stardew Valley to miejsce wyjątkowo zdradliwe, które przyciąga, ale też nieprzyzwoicie wręcz wciąga i prędko nie wypuszcza ze swych macek. Po kilku dniach osiągnęłam podobny stan upadku jak Penny pochłonięta przez Age of Conan. W polskiej wersji Leonard zwraca jej uwagę na chrupkę (ja usłyszałam: krówkę) we włosach, a dziewczyna machinalnie ją zjada, niemal nie odrywając oczu od laptopa. 

Zasadniczo, przynajmniej na początku, absorbuje nas gospodarowanie zasobami, co do pewnego momentu, dopóki zasoby mocno ograniczone, może stanowić spore wyzwanie. Jak najlepiej wykorzystać darowany czas, gdy pieniędzy brak, a siły wątłe, bo słupek wytrzymałości niski? Łowić ryby czy zbierać grzyby? Złowioną rybę zjeść czy może lepiej sprzedać? Zainwestować w nasiona czy postawić na ulepszanie narzędzi? Pierwszy rok na farmie obfituje w podobne dylematy. Roboty w bród, nie wiadomo, w co wpierw ręce włożyć.



Jedyne, co może uchronić przed totalną emigracją wirtualną, to pewna niedoskonałość SV, o której przekonamy się prędzej czy później, jednak nie wcześniej niż po kilkudziesięciu przepracowanych tam godzinach. Gdy już uporasz się ze wszystkim, udoskonalisz narzędzia i sprzęty, zakupisz dostępne zwierzęta i zbudujesz kwitnące gospodarstwo, stan konta będzie rósł, ale możliwości inwestowania się skończą. Wtedy wreszcie przystaniesz i spytasz: co dalej? Gorzej, jeśli w odpowiedzi podobnie jak ja... zaczniesz całą procedurę od początku.

Z pierwszą farmerką dotarłam do tego momentu dopiero w trzecim roku pobytu w dolinie. Trochę to trwało, ponieważ była pionierką; to ona eksplorowała świat i uczyła się reguł w nim panujących, a ten etap najmocniej fascynuje i pochłania bez reszty. Korzystając z jej doświadczeń, moje kolejne wcielenia potrafią wyjść na prostą już po paru miesiącach, choć to stanowczo za krótko, by pozamykać wszystkie sprawy i wątki, o zgłębieniu tajemnic nie wspominając.



Czego tu jeszcze szukam? Czasem wpadam jak do uzdrowiska, ze względu na wyżej wspomniane walory terapeutyczne. Poza tym wciąż mam tu coś do odkrycia. To nie pierwszy lepszy symulator rolniczy, bez duszy, ograniczony do rozbudowy maszynerii. To coś innego od typowych strategii ekonomicznych, gdzie oglądamy społeczność w skali makro. Tutaj niemal każda postać ma do opowiedzenia własną historię. Żeby je poznać, a zarazem odkryć warstwę fabularną, należy poświęcić każdemu należną uwagę oraz najważniejszy z zasobów: czas. Dopóki koncentrujesz się na produktywności, na ten luksus nie możesz sobie pozwolić. A warto, by przypomnieć sobie starą prawdę, że pozory mylą; przy bliższym poznaniu jedni tracą, inni zyskują, a prawie każdy zaskakuje. 

Z tej perspektywy wyraźniej widać, że nie mamy do czynienia z tak uproszczoną czy naiwną wizją świata, jak na pierwszy rzut oka się zdawało, zwłaszcza jeśli zmylił nas styl graficzny, z pozoru sugerujący infantylizm. Tymczasem charaktery okazują się skomplikowane psychologiczne, a życie w dolinie dalekie od sielanki. Drzemią tam ukryte namiętności, występują konflikty postaw, trwają potajemne romanse, zdarzają się przypadki depresji i poważnych załamań. 



Ktoś może wrzucić SV do worka utopijnych wizji powrotu do natury i pobłażliwie skomentować, że przecież to wszystko już było. Cóż z tego, że było, skoro nie tylko nie traci, ale wręcz nabiera aktualności. Podczas gdy główny nurt z upodobaniem pławi się w katastroficznych dystopiach, Eric Barone stworzył dla nas podnoszący na duchu, bezpieczny azyl. Trafił w dziesiątkę, bo w ciężkich czasach zapotrzebowanie na utopie rośnie, a nawoływania do troski o środowisko, poszanowania świata zwierząt i roślin nigdy dosyć. Może nie wszyscy osiądziemy na wsi i przejdziemy na wegetarianizm, lecz każdy powinien pamiętać, że jest dzieckiem wszechświata, a nie jego panem.



Polecam miłośnikom natury, wegetarianom, mikroprzedsiębiorcom, alterglobalistom, autsajderom, niespełnionym działkowiczom oraz wszystkim spragnionym pozytywnych wibracji.